bp Andrzej Siemieniewski
Od aksjomatu do dogmatu
Spotkanie nr 360 w Salonie Prof. Dudka z dnia 2 czerwca 2006 roku,
prowadził: prof. rektor Leszek Pacholski
Leszek
Pacholski (prowadzący spotkanie): Ja mam dzisiaj przedstawić biskupa, ale
ja naprawdę nie jestem pewien, czy to jest biskup, bo jak się patrzy na tego
człowieka, który siedzi koło mnie… ma koloratkę co prawda, ale zupełnie
nie wygląda [rektor wykonuje gest imitujący duży brzuch][śmiechy],
jest szczupły, wysportowany i widać, że od niedawna jest biskupem i nie
zdążył jeszcze nabrać tych cech właściwych biskupom, których znamy z obrazów,
znamy z oglądu… ale gospodarz zapewnia, że to jest biskup. Ks. bp Andrzej
Siemieniewski urodził się 8 sierpnia 1957 roku we Wrocławiu. Jest pierwszym
powojennym biskupem, który jest od początku do końca wrocławianinem. Może nie
bez przerwy, bo spędził kilka lat w Rzymie na studiach doktoranckich i potem
rok, jak to się mówi, „na parafii” na wschód (o ile dobrze pamiętam) od
Bolonii, gdzie robił to, co się robi na parafii. Był wcześniej na parafii w
Świdnicy jako… Boże, jak to się nazywa?… taki młody ksiądz, który…
Głosy z sali:
Wikary!
Leszek
Pacholski: Wikary… świetnie, dziękuję bardzo… jako wikary, który jeździł na
rowerach z ministrantami na mecze. Nie grał w piłkę. Ja żałuję, że nie grał, bo
to uczy trochę pokory, jak się dostanie w kostkę… ale nie grał w piłkę. Wracał
też na rowerach. Grał z Jaworzyną Śląską, z Żarami — mecze były bardzo poważne.
Aaa… właśnie, bo spotkanie nazywa się Od aksjomatu do dogmatu. Ja
myślałem, że rzeczywiście będzie od aksjomatu, a to tylko taka ładna nazwa, bo…
Jeszcze mi nie przeszło przez gardło „ekscelencja”, ale jak się widzi takiego
chudego biskupa, to jakoś „ekscelencjo” nie przechodzi przez gardło. Studiował
fizykę, nie studiował matematyki, ale zajęcia z logiki miał, więc może trochę
tej logiki było. Studiował 6 semestrów fizyki, a potem postanowił zmienić
studia, przeszedł do seminarium duchownego. Skończył — święcenia kapłańskie
otrzymał w ‘85 roku. Opiekunem pracy magisterskiej był biskup Dec,
zapewne znany bywalcom tego Salonu. Potem dwa lata w świdnicy. Po powrocie z Rzymu (ja go długo o to wypytywałem)
był ojcem duchownym w seminarium. Nie bardzo wiedziałem, co to jest, może
państwo też nie wiedzą, ale podzielę się swoją wiedzą: to jest coś w rodzaju
takiego… no troszeczkę więcej niż opiekuna roku. Był spowiednikiem i opiekunem
seminarzystów. W ‘97 habilitacja, 2 lata później stanowisko profesora, przez 3
lata pełnił funkcję prorektora PWT wtedy, gdy rektorem był bp Dec. Jest
kierownikiem Katedry Teologii Duchowości. Autor 6 książek, 80 artykułów, ponad
100 homilii. […] Bardzo proszę, ekscelencjo.
Bp Andrzej
Siemieniewski: Bardzo serdecznie dziękuję za to życzliwe wprowadzenie.
Temat Od aksjomatu do dogmatu zapowiada się nieco autobiograficznie. Od
aksjomatu — tak jak zostało to zasygnalizowane — to pewnie ma związek z
początkiem studiów (3 lata fizyki), chociaż oczywiście pan rektor słusznie
wytykał mi na naszym spotkaniu, że fizyka nie jest nauką aksjomatyczną, tylko
ma inny charakter. Ale jako tytuł to ładnie brzmi: od aksjomatu do dogmatu. A
potem po 3 latach fizyki przejście do zupełnie innej dziedziny studiów:
opasłe tomy dogmatyki i historii Kościoła, chociaż trzeba powiedzieć, że
późniejsze moje zainteresowania teologiczne w nie tak bardzo zdogmatyzowaną
dziedzinę poszły, bo zajmowałem się XVIII-XIX i XX-wiecznym protestantyzmem
amerykańskim, zwanym ewangelikalizmem i pentekostalizmem, a murzyńscy
zielonoświątkowcy sprzed 100 lat to towarzystwo mało objęte dogmatami. Ale też
jako hasło brzmi ładnie: od aksjomatu do dogmatu. I myślę, że ten tytuł zawiera
też możliwość prześledzenia pewnego doświadczenia przebywania przez kitka lat
studiów w pewnej krainie — krainie nauk ścisłych (to jest pewna wyobraźnia,
pewien rodzaj myślenia, styl podchodzenia do rzeczywistości) — a później
przeprowadzki do krainy innej. Teologia to kraina, gdzie znowu wyobraźnia,
odczuwanie, styl myślenia, atakowania problemów jest zupełnie inny. I kiedy
zastanawiałem się nad tym tematem OD aksjomatu DO dogmatu, to na
nowo stanęło przede mną pytanie, czy rzeczywiście to jest przeprowadzka, czy
rzeczywiście trzeba WY-prowadzić się z krainy aksjomatu, czyli stylu
myślenia właściwego naukom ścisłym, żeby przejść jakąś granicę (może nawet
najeżoną drutem kolczastym i bronowaną każdego dnia, bardzo trudną do
przekroczenia), żeby znaleźć się w krainie dogmatu — krainie teologii, religii,
wiary. Ten proces zastanawiania się nad dzisiejszym tematem stał się dla mnie
nawet okazją do wspomnienia różnych momentów na tej drodze od krainy aksjomatu
do krainy dogmatu i kilkoma najważniejszymi momentami z tej wędrówki chciałem
się dzisiejszego wieczoru podzielić, licząc na to, że staną się okazją do
późniejszej wymiany zdań. Otóż kiedy studiowałem fizykę, a pewnie też jeszcze
przez pierwszych kilka lat studium teologii, miałem najzupełniej sielankowe
wyobrażenie o relacjach między naukami ścisłymi a teologią czy religią, czy
wiarą. Pamiętam, że karmiłem się wtedy takimi książkami, jak dzieła ks. Michała
Hellera, który jednocześnie jest pracownikiem Akademii Teologicznej oraz
astrofizykiem i pracownikiem obserwatorium astronomicznego watykańskiego.
Pisywał fascynujące książki właśnie z punktu wierzącego człowieka, księdza, o
początku wszechświata, o wielkim wybuchu, o matematycznych strukturach, jak
pomagają zrozumieć dzieło stworzenia. Pamiętam, że karmiłem się książkami wtedy
młodego ks. prof. Życińskiego, który tutaj pewnie bardziej jest znany jako
komentator bieżących wydarzeń religijnych, społecznych, a nawet politycznych,
ale koniec lat 70., początek 80., zapamiętałem go z jakiejś konferencji na
KUL-u, kiedy słuchałem, jak młody wtedy prof. Życiński z pasją opowiadał o ewolucji
i o tym, jak katolicki teolog ma interpretować ewolucyjną wizję powstania
życia. Taka była moja wizja relacji między przyrodoznawstwem, naukami ścisłymi,
a teologią, czyli między krainą aksjomatu, tak powiedzmy to umownie, a krainą
dogmatu. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że istnieją jakieś napięcia, a nawet
wrogości, że granica ta miejscami rzeczywiście jeży się drutem kolczastym. Ale
jakie miałem z tym skojarzenia? Pamiętam, że na półce u nas w domu stał Krótki
słownik filozoficzny autorstwa Rosentala i Iudina z 1955 roku — oryginał
wydany w 1954 roku w Moskwie. Tam we wstępie było napisane, że hasła zostały
poprawione zgodnie z uchwałami XIX Zjazdu KPZR. Czasem z ciekawości zaglądałem
do tego słownika i tam znajdowałem stwierdzenia typu: „teoria Darwina położyła
kres teologicznej koncepcji powstania życia”, albo „odkrycia Kopernika obaliły
religianckie spojrzenie na kosmos”. I wtedy (to te początkowe lata studiów) z
tym kojarzył mi się konflikt przyrodoznawstwa, fizyki, astronomii, biologii z
teologią czy z religią. I w swojej naiwności wyobrażałem sobie, że taki słowami
wyrażony konflikt jest charakterystyczny dla krajów demokracji ludowej, że tak
jak między, powiedzmy, PRL-em a NRD była tzw. granica przyjaźni (a przyjaźń
można było poznać właśnie po wieżach wartowniczych i drutach
kolczastych), tak samo wyobrażałem sobie, że to w tym regionie świata konflikt
między religią a nauką też takimi przeszkodami jest najeżony, ale gdzieś w
innym, lepszym świecie (jak wiadomo, między Holandią, Francją czy Niemcami)
granice wyglądają zupełnie inaczej i w swojej naiwności wyobrażałem sobie, że
pewnie w zwyczajnym, normalnym świecie relacje między przyrodoznawstwem a
teologią tak się układają, jak to prezentował ks. Michał Heller czy ks. Józef
Życiński. I do dzisiaj pamiętam rodzaj szoku intelektualnego, który przeżyłem
czytając książkę, którą napisał Stephen Hawking. To astrofizyk brytyjski
należący do absolutnie pierwszego garnituru umysłów fizyki teoretycznej, to
jeden z największych umysłów przyrodoznawstwa pewnie nawet w historii świata
(fizycy pewnie najlepiej to mogą ocenić, ale tak mi się przynajmniej wydaje, że
należy do absolutnej czołówki — zarówno obecnej, jak i nawet historycznie rzecz
biorąc). Była to książka w latach 80. napisana na takie fascynujące tematy, jak
czarne dziury. Co jeszcze tam było? O wielkim wybuchu początkowym, jak
zapoczątkował się kosmos, ale, rzecz ciekawa, już we wstępie było
zasygnalizowane, że ta książka jest również o Bogu. To we wstępie było.
Ostatnim słowem tej książki, to też ciekawe, jest „Bóg”. Nawet sprawdzałem w
wersji angielskiej również… Słowo „Bóg” było ostatnim słowem tej książki, a w
samym środku tego dzieła na tematy rzeczywiście astrofizyczne znajdował się
opis spotkania Stephena Hawkinga z papieżem. Było to 3 X 1981 roku — Stephen
Hawking przebywał na kongresie, który zorganizowali jezuici na Watykanie. Był
to kongres na temat kosmologii, astrofizyki. I tam papież wypowiedział następujące
słowa. Pozwolę sobie odczytać, bo mam tutaj napisane:
„Teorie naukowe na
temat początku wszechświata pozostawiają otwarty problem tego początku. Nauka
sama nie może rozwiązać takiego zagadnienia. Trzeba by człowiek wzniósł się
ponad fizykę i ponad astrofizykę, a to nazywa się metafizyką. Trzeba
uwzględniać tu dane Bożego objawienia”.
Te słowa
wypowiedział Jan Paweł II na spotkaniu na kongresie kosmologii w Watykanie w
1981 roku, a w książce, o której mówię (nosiła tytuł Krótka historia czasu),
Hawking odnotował swoją reakcję na te słowa i napisał tak: „Jakże byłem
zadowolony, że papież nie wiedział, co omawiałem tuż przedtem w moim
wystąpieniu na tym sympozjum, mianowicie możliwość, że czasoprzestrzeń nie
miałaby żadnego początku i w związku z tym nie byłoby żadnego momentu
stworzenia”. I nawet dodał (ironicznie): „Ale nie chciałem podzielić losu
Galileusza”. [śmiechy] Co miało znaczyć: siedziałem cicho, żeby
czasem nie skończyć jak Galileusz, bo przecież jestem wobec papiestwa. Otóż
pamiętam, że lektura tego miejsca w książce Stephena Hawkinga była dla mnie
szokiem z dwóch powodów. Po pierwsze, że pracownik uniwersytetu, jeden z
największych umysłów nauk ścisłych naszych czasów znajduje się wobec papieża i
jego pierwsze skojarzenie, właściwie automatyczna linia myślenia prowadzi
dokąd? Do Galileusza. Jakby to właśnie był szczytowy moment spotkania,
najbardziej emblematyczny, najbardziej charakterystyczny dla relacji między
papiestwem a uniwersytetem. To mnie zaciekawiło, że nie przyszła mu do głowy
refleksja: Oto znajduję się w miejscu, w środowisku, atmosferze, w której
rodziła się idea uniwersytetu przed wiekami. Takiego skojarzenia nie miał. Jego
myśl pobiegła na skróty: w tym miejscu godzi się myśleć o Galileuszu — kropka.
Po drugie — to, prawdę mówiąc, nawet było dla mnie o wiele większym szokiem i
nawet myślałem, że się pomyliłem, czy rzeczywiście to miał na myśli: wszystko
wskazuje na to, że Stephen Hawking wyobrażał sobie, że chrześcijanie mówiąc o
stworzeniu świata w sposób konieczny i oczywisty mają na myśli czasowy
początek świata. Wydawało mi się niemożliwe, żeby człowiek takiej klasy
umysłowej, o takich horyzontach i możliwościach, żeby nie zadał sobie trudu
zapoznania się z chrześcijańską koncepcją stworzenia. Wiedziałem dobrze, że już
św. Augustyn w V w. rozważał taką ideę, czy jest to możliwe, żeby stworzony
świat istniał od zawsze. Akurat Augustyn z tą ideą się nie zgodził (myślał, że
tak pewnie nie było), ale wcale nie uważał jej za absurdalną, uważał ją za
godną rozważenia. Wiedziałem też, że Boecjusz (to pewnie ze sto lat później)
rozważał już taką rozciągłość nawet na dwie strony: nie tylko, czy jest
możliwe, żeby stworzony przez Boga świat istniał od zawsze, ale też czy jest to
możliwe, żeby stworzony przez Boga świat istniał potem bez końca. I św. Tomasz
zresztą wrócił do tej idei: postawił pytanie takie — czy jest jakaś sprzeczność
między tezą, że Bóg stworzył świat, a tezą, że świat istniał od zawsze albo że
będzie zawsze istniał (miał na myśli nie kończący się bieg lat, wieków,
tysiącleci). I Tomasz orzekł „nie”: żadnej sprzeczności logicznej tutaj nie ma.
Gdyby Bóg chciał, to mógłby taki świat stworzyć. Inna rzecz, czy taki świat
stworzył — to pytanie zostawiano właśnie astronomom czy, powiedzielibyśmy
dzisiejszym językiem, astrofizykom. Zastanawiał się raczej nad logiczną
możliwością stworzenia takiego świata. Takie dyskusje w chrześcijaństwie
istniały od starożytności, ale te dyskusje bywały w średniowieczu i nawet nie o
to chodzi, że Hawking o tym nie wiedział, bo nie musi się wszystkim interesować
(każdy ma swoją dziedzinę badań i trudno oczekiwać od każdego, żeby był
omnibusem we wszystkich dziedzinach), problem polega na tym, że Stephen Hawking
zabrał głos na ten temat. Gdyby napisał książkę o czarnych dziurach i wielkim wybuchu
i powiedział: „Panem Bogiem i teologią się nie interesuję, od tego są inni”, to
to by mnie nie zdziwiło. Ale to, że zabrał głos tonem rozstrzygającym w jakiś
sposób zupełnie nieświadomy, że takie problemy były dyskutowane, przypominam:
w książce, we której wstępie napisano, że ta książka jest również o Bogu, że
Bóg jest tam obecny na każdej stronie, w książce, w której ostatnim słowem jest
słowo „Bóg”, „God”… I w takiej książce z jakąś absolutną nieświadomością
istnienia takiej problematyki w ciągu wieków zabrał głos, ironizując sobie
zresztą na temat losu Galileusza. Pamiętam, że było to dla mnie odkryciem
szokującym, to jakiś taki moment biograficzny, uświadomienie sobie, że granica
— i to właśnie taka odrutowana i bronowana każdego poranka — może istnieć nie
tylko w świecie Krótkiego słownika filozoficznego, że może
istnieć także w innych regionach geograficznych, kulturowych i intelektualnych,
że jest to dość powszechne dla świadomości czy mentalności wielu naukowców,
wielu hołdujących scjentystycznemu podejściu do świata.
Żeby było
sprawiedliwie, to następny szok, jaki przeżyłem, został wywołany przez pewnego
ojca dominikanina. Był to zresztą bardzo wybitny logik i filozof, o. Bocheński,
rzeczywiście wybitny, u którego spotkałem następujący cytat. Też go sobie tutaj
wypisałem, a pamiętam, że przed laty spotkałem go i też był dla mnie
uświadomieniem znacznie większych barier, niż to sobie wcześniej wyobrażałem.
O! Ojciec Józef Maria Bocheński mówi o pojęciu godności człowieka, jego miejscu
we wszechświecie, jak się to stworzenie zwane „człowiekiem” ma do całości
kosmosu. I wyczytałem coś takiego:
„Zacznijmy od
miejsca człowieka we wszechświecie. Jak przedstawia się współczesna sytuacja
duchowa pod tym względem? Katastrofalnie dla antropocentryzmu”.
Ta diagnoza to
jeszcze pół biedy, że tak powiem, to nie ona mnie tak zszokowała — zszokowało
mnie uzasadnienie. Uzasadnieniem było uświadomienie czytelnikowi sporych
rozmiarów wszechświata:
„Mianowicie
astronomia wykazała kolejno, że Ziemia nie jest ośrodkiem układu słonecznego,
że układ słoneczny jest tylko nieznacznym fragmentem rzeczywistości, że
odległości we wszechświecie mierzy się milionami miliardów kilometrów, czas —
miliardami lat”.
I po odmalowaniu
tych niezmierzonych, niewyobrażalnych rozmiarów wszechświata o. Bocheński
konkludował tak:
„Myśl, że istota
żyjąca w ciągu ułamka kosmicznej sekundy, człowiek właśnie, na powierzchni
ziemi, tego nieprawdopodobnie małego fragmentu świata, myśl, że człowiek jest
ośrodkiem wszechświata, ta myśl wydaje nam się dzisiaj całkiem bezpodstawna”.
Co mnie tutaj z
kolei, że tak powiem, zszokowało? Otóż jakieś stojące u podstaw tego
wyobrażenie, że dziś (To znaczy kiedy? „Dziś” to znaczy w czasach, kiedy wiemy,
że kosmos jest duży i mierzy się miliardami lat świetlnych) nie możemy tak, jak
wczoraj (Co to znaczy „wczoraj”? „Wczoraj”, czyli wtedy, kiedy wyobrażaliśmy
sobie, że kosmos jest malutki) tak wysoko stawiać godności człowieka, żeby
uważać go za koronę stworzenia. Znowu mnie to zszokowało, ponieważ interesowały
mnie te problemy i wiedziałem, że ci ze starożytnych autorów, którzy stawiali
sobie takie problemy, jak duży jest wszechświat, to ci ze starożytnych autorów
chrześcijańskich odpowiadali dokładnie tak, jak dzisiaj odpowiadają
astrofizycy. Oczywiście, że nie używali język cyfr, ponieważ nie mieli żadnych
możliwości, żeby zmierzyć ów wszechświat, ale jakościowe wyrażenia, takie jak,
że Ziemia jest pyłkiem w bezkresnym ogromie wszechświata, że sfera obejmująca
wszystkie światy ma się tak do rozmiarów tej sfery, która obejmuje Słońce i
Ziemię, że to z kolei jest tylko pyłkiem w ogromie tego kosmosu — to były
rzeczy uważane za oczywiste zarówno w starożytności i w średniowieczu… oczywiście
wśród ludzi, którzy się takimi problemami interesowali. I mniemanie, że
chrześcijański obraz świata jakoś istotnie jest związany z niewiedzą o
rozmiarach wszechświata, jest po prostu błędny — nie było takiego historycznego
związku. Jednak trochę podobnie jak mniemanie Stephena Hawkinga dość podobne i
tu wyobrażenie, że chrześcijaństwo stawiało tak wysoko człowieka jako koronę
stworzenia, bo nie zdawało sobie sprawy z wielkości kosmosu. To wyobrażenie
też, jak się zorientowałem, jest bardzo głęboko zakorzenione. To też, muszę
przyznać, było dla mnie nieprzyjemne odkrycie. I tych przykładów można by
mnożyć dość dużo, ale będzie jeszcze tylko jeden, bo kilka punktów do dyskusji
zapewne wystarczy.
Też rodzaj
nieprzyjemnego zaskoczenia, kiedy (to już późniejsze lata: 80. czy 90.)
odkryłem, jaka atmosfera panuje wśród (szczególnie może anglosaskich) biologów
zajmujących się ewolucją życia na ziemi wobec chrześcijaństwa i religii.
Richard Dawkins i pewnie wiele innych nazwisk ludzi, którzy są wybitnymi
specjalistami, znanymi w świecie, a z drugiej strony są bardzo gorliwymi i
zaangażowanymi — poprzez prelekcje, książki, wystąpienia telewizyjne — wrogami
chrześcijaństwa. U Richarda Dawkinsa zdarzają się wypowiedzi
antychrześcijańskie rzeczywiście niekiedy bardzo ostre. O! Mam tu np. fragment
z książki Ślepy zegarmistrz, gdzie pisze tak: „Rozbić w puch tę
wersję teorii stworzenia, np. historię przedstawioną w Księdze Rodzaju, byłoby
pójściem na łatwiznę, bo status tej teorii stworzenia z Biblii nie odbiega
specjalnie od przekonań pewnego zachodnioafrykańskiego plemienia” (tak Dawkins
w Ślepym zegarmistrzu), „które wierzy, że świat stworzony został
z odchodów mrówek”. I zakończył to tym, że nawet najmniej wykształceni
teologowie zrezygnowali już z jednorazowego aktu stworzenia świata. Muszę
powiedzieć, że też sprawdzałem kilkakrotnie, czy on naprawdę ma to na myśli,
co tam wyczytałem, i myślę, że tak. Myślę, że ma wyobrażenie, że chrześcijanie
mówiąc o stworzeniu, mają na myśli (tak to sobie Dawkins wyobraża), że
stworzenie jest tego samego rodzaju aktem, co następne w tej historii. Innymi
słowy wyobrażenie, że Bóg jest częścią świata — jest to zupełny
brak pojęcia transcendencji Boga. Tu może w ramach kontrastu św.
Augustyn, który przecież nie mógł mieć żadnych informacji na temat ewolucji,
takiej wiedzy wtedy nie było, ale nawet św. Augustyn, który zastanawiał się
teoretycznie nad rodzajem wpływu, jaki Bóg ma na świat stworzony, powiedział
tak (to taka analogia):
„Mówimy, że król
zbudował miasto, ale przecież miasto zbudowali rzemieślnicy, robotnicy. Co mamy
na myśli? Że król jest przyczyną dalszą, chociaż praktyczny akt kładzenia cegły
na cegłę czy wznoszenia bram, czy pokrywania budynków dachem, to wykonywali
robotnicy i rzemieślnicy. A jednak mówimy, że to król zbudował miasto. W jakimś
innym sensie jest przyczyną powstania miasta. W tym sensie mówimy, że Bóg jest
założycielem natur, które w świecie stworzonym obserwujemy”.
Ten język jest i
był dla chrześcijan dość naturalny. Człowiek wierzący potrafi powiedzieć
„Jestem stworzony przez Boga” i wcale nie ma na myśli, że nastąpił jakiś cud
przekraczający prawa natury w spotkaniu się jego rodziców. Wręcz przeciwnie. Ma
na myśli: „Jestem stworzony przez Boga właśnie poprzez naturalne konsekwencje
spotkania się moich rodziców” i dotyczy to również tzw. natur — tego, co
Augustyn tak określił. […] Od krainy aksjomatu (niech to będzie kraina nauk
ścisłych) do krainy dogmatu, krainy religii, teologii, wiary. Wędrówka, która
na początku wydawała mi się w ogóle niepotrzebna, wydawało mi się, że to jest
jedna i ta sama kraina, a potem okazało się, że w faktycznie istniejącym
świecie te dwie krainy często, bardzo często są oddzielone taką granicą, którą
w socjalizmie nazywano granicą przyjaźni, którą można było poznać po solidnych
umocnieniach i nieprzekraczalnych barierach.
To
takie trzy punkty z tej historii, którymi chciałem się podzielić i właśnie
pytanie, które się tutaj rodzi, jest oczywiste: Czy ma tak być? Czy tak być
powinno? I czy czasem nie warto powspominać starych, dobrych czasów ze
starożytności czy średniowiecza, kiedy ta otwartość intelektualna na pytania
dotyczące świata, kosmosu, bywała większa niż dzisiaj. Bardzo serdecznie
dziękuję za uwagę.
[oklaski]
[KONCERT:
Na skrzypcach grała Agnieszka Ostapowicz-Rybarczyk]
Jerzy
Lukierski: Na początku mam takie pytanie, co to jest teologia duchowości —
proszę o wyjaśnienie tego terminu.
A
jeżeli chodzi o punkt widzenia na fizykę jako naukę aksjomatyczną, to to jest
właśnie punkt widzenia z czasów średniowiecznych, kiedy fizyka i metafizyka ze
sobą się razem mieszały. Fizyka jest nauką, doświadczalną, eksperyment jest
podstawą, natomiast potem formułujemy pewne ogólniejsze tezy w postaci pewnych
praw, nie w sensie matematycznym aksjomatów. Oczywiście dyskusja na temat
aksjomatów jest interesująca na terenie matematyki, dlatego że powstaje
pytanie, skąd się biorą aksjomaty w matematyce. I tutaj właściwie to jest… są
dwa aspekty źródeł aksjomatów. No nie ma tutaj chyba najwybitniejszego
podstawowca, matematyka wrocławskiego prof. Newelskiego, a on by to na pewno
potrafił jasno wytłumaczyć, ale w każdym razie proszę nie łączyć nauk
przyrodniczych z naukami aksjomatycznymi — to jest pierwsza rzecz.
Druga
rzecz, ksiądz bp nie mówił właściwie o aksjomatach poza tym, że stwierdził, że
są w fizyce, natomiast też nie mówił o dogmatach. No więc byśmy się chcieli
dowiedzieć coś więcej o dogmatach, dlatego że jeżeli chodzi o źródła dogmatów…
np. weźmy dogmat o nieomylności papieża. Sobór Watykański I ustanowił ten
dogmat… No jaka jest różnica między posiedzeniem komitetu centralnego, który
ustalił, że pewne terminy w słowniku filozoficznym należy zmienić? Jest to dość
podobne, dlatego trzeba to tu zauważyć.
Chciałem
jeszcze na koniec powiedzieć, że jeżeli chodzi o dogmaty, które się biorą z
objawienia, to one są tak jak gdyby niesprawdzalne, tak że robienie jakiegoś iunctim
między nauką a teologią jest nieuzasadnione, dlatego że to jest prawdziwe
poznanie — dogmat — i kropka. Taki jest punkt widzenia Kościoła katolickiego.
Jeśli są jakieś subtelności przy tym, to proszę o wyjaśnienie.
Andrzej
Morawiecki: Ks. bp przedstawił bardzo subtelne wywody filozofów, teologów,
które prowadzą do stwierdzenia, że nie istnieje nieprzekraczalna granica
między punktem widzenia teologów a osiągnięciami nauki. I wyrażał ks. bp
zdziwienie pewne, że tacy autorzy jak Dawkins bardzo drastycznie wyrażali się o
nieprzekraczalności tej granicy. Ale chciałbym zwrócić uwagę, że mówiąc o
chrześcijaństwie, a może jeszcze bardziej o katolicyzmie, trzeba wziąć pod
uwagę, że ta religia wiąże się również z istnieniem pewnej struktury, która
posiada określoną władzę bezpośrednią czy pośrednią i oczywiście że Kościół w
tej chwili nie kwestionuje współczesnej kosmologii, ale księga De
Revolutionibus Orbium Celestium była na indeksie ksiąg zakazanych (Kopernik
wiedział dobrze, czym może dla niego skończyć się opublikowanie tej książki),
że książki Darwina O powstaniu gatunków i O pochodzeniu człowieka były
zakazane. Katolikom nie wolno było tych ksiąg bez specjalnego zezwolenia
czytać. I myślę, że tego rodzaju działania istnieją w dalszym ciągu. Ja już nie
będę tutaj bliżej omawiał konfliktu między niektórymi akcentami współczesnej
biologii a tym, co Kościół (co prawda nie w formie dogmatu, ale w formie
codziennego nauczania tu i ówdzie) mówi.
Chciałbym
zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Dawkins działa i żyje w sferze kultury
anglosaskiej, gdzie protestantyzm jest bardziej popularną religią i właśnie
głównie stąd, ale także ze sfer katolickich, biorą się fundamentalistyczne
ruchy kreacjonistyczne. To, co w tej chwili obserwujemy w USA, ta walka
z nauczaniem współczesnej biologii w szkołach, to jednak jest pewien wyraz
religii. I trudno się dziwić, że w takim aspekcie (nie w tym aspekcie
subtelnych rozważań filozoficznych, ale w aspekcie praktycznym) tę granicę
widzi się bardzo wyraźnie.
Andrzej
Elżanowski: Ja się zgłosiłem przed wypowiedzią prof. Morawieckiego, który w
dużym stopniu poruszył tematy, które ja chciałem poruszyć. W związku z tym
chciałem powiedzieć krótko i sformalizuję tylko po części to, co
powiedział prof. Morawiecki w postaci pytania. Otóż jak się słuchało ks.
biskupa wypowiedzi, gdybym ja był przybyszem z Marsa albo z tego plemienia z
Nowej Gwinei, które nie zna historii i wyrosło w innym świecie, to miałbym
wrażenie, że właściwie cała ta historia o prześladowaniu, o opozycji wobec
nauki, indeksowaniu ksiąg Kopernika, prześladowaniu Galileusza, histerii
Kościoła na temat Darwina, to była stworzona przez ideologów KPZR. Więc czy
wobec tego ks. bp — to moje pierwsze pytanie — neguje (czy uważa za wymysł
propagandystów komunistycznych) całą historię prześladowań nauki i osiągnięć
nauki przez Kościół. To jest jakby postawienie kropki nad „i” nad tym, co
powiedział prof. Morawiecki.
A drugie z tych
moich zaskoczeń zaskoczeniami ks. bpa jest takie. Ks. bp jest bardzo zaskoczony
tym, że Dawkins nie zapoznał się ze scholastyką, ze scholastycznymi
rozważaniami nad tym, czy coś, co jest stworzone, to musi mieć początek czy
nie. Moim zdaniem wg wszelkiego znaczenia początku stworzenia, jeśli coś jest
stworzone, to musi mieć początek, ale być może scholastyka doszła do innych
wniosków. Natomiast ja chciałem zadać inne pytanie. Czy wobec tego, że
dzisiejszy Kościół i teologia, zaczynając od naszego papieża i obecnego
papieża, i ks. abp Życińskiego, zajmuje się permanentnie odmienianiem na
wszystkie możliwe sposoby unikalnych czy unikatowych właściwości gatunku Homo
sapiens (jeżeli poczytać papieża czy wypowiedzi abpa Życińskiego, czy
większości teologów, to praktycznie jest jedna, taka mętnawa dosyć, eulogia
gatunku ludzkiego, z czego to wywodzi się ta godność), nie zaskakuje księdza
to, że w Akademii Papieskiej nie ma ani jednego eksperta ani od socjobiologii,
ani od ewolucji prymatów, jednego uczonego większego nazwiska, który w ogóle
znałby się na ewolucji człowieka, znałby się na różnicach między gatunkiem Homo
sapiens a innymi prymatami? To, co mówi Kościół na temat unikalności człowieka,
zostało sfalsyfikowane: nie ma w tym praktycznie ziarna prawdy na temat
unikalności gatunku ludzkiego. Jest to mimo to powtarzane, jest to zwyczajne
szerzenie ciemnoty w obecnej rzeczywistości. I czy wobec tego ksiądz nie uważa,
że byłoby stosowne, żeby oświecony Kościół miał ekspertów do właśnie tej
najważniejszej, kluczowej sprawy, jaką jest uwarunkowanie unikalnego
stanowiska człowieka we wszechświecie.
Bp
Andrzej Siemieniewski: Rzeczywiście pytań dużo i wątki mogą się pomieszać,
stąd tak od razu… Więc co to jest teologia duchowości? Duchowość to jest wiara
albo religia od strony przeżycia człowieka. Wiarę można rozpatrywać bardziej od
strony obiektywnych sformułowań, wtedy mówimy o teologii dogmatycznej, a można
też ją interpretować od strony przeżywającego człowieka.
Jerzy
Lukierski: Czyli taki typ psychologii wiary, można powiedzieć?
Bp Andrzej
Siemieniewski: Myślę, że psychologia wiary bardziej by nas kierowała w
stronę tego, jak ludzie w ogóle przez swoją psychikę reagują na dogmaty,
tymczasem myślę, że duchowość to jest bardziej inspirowanie się jakimiś
wątkami, które mogą być niezależne od psychiki człowieka. Np. św. Franciszek i
św. Ignacy Loyola byli niewątpliwie katolikami, więc od strony dogmatycznej
mamy tę samą wiarę, ale jako typ zaangażowania, motywacji, odczytywania
źródeł, to są inne duchowości. To by była teologia duchowości.
Teraz jeśli chodzi
o dogmaty. Myślę, że ten przykład dogmatu o nieomylności papieża jest bardzo
dobry. Dokument Soboru Watykańskiego I z 1870, który ten dogmat opisuje, jest
bardzo interesujący — bardzo zachęcam zawsze do jego lektury, jak on jest
skonstruowany. Jest napisane, że Bóg objawia swoją obecność, swoje plany wobec
ludzkości i ta część wiedzy, która dotyczy tego objawienia, gdzieś jest pośród
ludzi. Ale gdzie ona jest? Zaczyna się w dokumencie Soboru Watykańskiego I od
cytatu, zresztą z Księgi proroka Izajasza: „Mój duch i moje słowo nie oddalą
się od siebie Izraelu”. Czyli pierwotnie jest przywołanie objawienia się Boga w
Izraelu i potem kontynuacji tego w Kościele, więc właściwie ten dogmat jest
dogmatem o nieomylności Kościoła i może krótka wzmianka też tam była o
nieomylności Izraela. Na czym polega ta idea? Na pytaniu wśród opinii na temat
wiary, religii, Boga na świecie (hinduizm, buddyzm, islam, chrześcijaństwo) —
gdzie jest to, co nazywamy prawdą chrześcijańską? Dokument zaczyna się od
powiedzenia: to jest w Kościele. Potem jest pytanie: kto i w jaki sposób ma to
wyrazić? Bo „Kościół” to jest pojęcie bardzo szerokie. Wskazuje się wtedy na
papieża w tym dokumencie Soboru Watykańskiego I, ale z bardzo ciekawą, a mało
znaną uwagą. Mianowicie brzmi to tak: papież rzymski nie ustala nowych nauk, bo
w ogóle to nie jest jego funkcja, tylko spośród tego, w co się wierzy w
Kościele, wskazuje w postaci jakiejś formuły, ale rzeczy uprzednich, które
przed nim były, wskazuje na to, w co Kościół wierzy. Spotkałem się z taką
definicją dogmatu, nawet niedawno, że dogmat polega na przyjęciu czegoś bez
dowodu. Akurat ten dogmat jest zaprzeczeniem takiej definicji, bo gdybyśmy
spojrzeli na treść tego dokumentu, to ten dokument jest właściwie wywodzeniem,
gdzie jest to, co chrześcijanie uważają za prawdę religijną. Tak więc myślę, że
słuszniej byłoby nazwać ten dokument dokumentem o nieomylności Kościoła, czyli
może mówiąc językiem takim bardziej świeckim — nazwanie po imieniu, gdzie wg
chrześcijan jest ta prawda, którą chrześcijanie uważają za prawdę objawioną
przez Boga. Tak że to jest bardzo ciekawy dokument i konstrukcyjnie, jeśli
chodzi o argumentację, i jeśli chodzi o sens tego, co nazywamy „dogmatem”. A
jest bardzo mało znany, zwykle go znamy w takiej postaci: ni stąd, ni zowąd
zadecydowano, że to, co papież mówi, jest nieomylne, chociaż przypominam, że są
tam sformułowania, że papież rzymski nie ogłasza nauk nowych.
Jerzy
Lukierski: Ale jest problem selekcji. Ta nieomylność selekcji jest
założeniem.
Bp Andrzej
Siemieniewski: Może tak… bo to by się wiązało z drugim pytaniem pana
profesora, co to znaczy sprawdzalność. Otóż sprawdzalność oznacza różne rzeczy
w różnych naukach. Np. w fizyce metodą sprawdzania jest generalnie eksperyment,
ale gdybyśmy ograniczyli sprawdzalność do eksperymentu, w sensie czegoś, co
można wykonać, jakichś działań, które można przedsięwziąć, to mielibyśmy
problem, bo np. w matematyce sprawdzalność oznacza co innego — nie ma
przedsięwzięć, które się wykonuje w postaci jakiegoś działania zewnętrznego, są
inne metody sprawdzania. Teraz idźmy dalej. Gdybyśmy przeszli do takiej
dziedziny, jak nauki historyczne, to niewątpliwie są naukami, ale czy
sprawdzianem w naukach historycznych jest eksperyment, skoro one z definicji
zajmują się rzeczami jednorazowymi? Napoleon był tylko raz, już nie powróci.
Nie możemy zrobić eksperymentu z Napoleonem, powtórzyć raz, drugi, trzeci i
sprawdzić, jakie są typowe cechy Napoleona. Tego się nie da zrobić. To jest
nauka w zupełnie innym znaczeniu. A teraz weźmy taką muzykologię czy studium
literatury (amerykańskiej w XIX w.). Czy jest jakiś eksperyment, który by nam
pokazał, co jest poezją, a co nie, co jest dobrym, a co złym wierszem? Tak że
myślę, że metody sprawdzania są bardzo różne w bardzo różnych dziedzinach. Czy
mówimy o naukach ścisłych teoretycznych, czy o naukach ścisłych mających
związek z materią, takie jak fizyka czy chemia, czy mówimy o takich naukach,
jak studium literatury czy muzykologia, to słowo „nauka” jest tu używane w
jakimś analogicznym sensie. Inaczej pracuje muzykolog…
Jerzy Lukierski:
To jest sztuka właściwie…
Bp Andrzej
Siemieniewski: Granie jest sztuką, a muzykologia jest nauką o
graniu…
Małgorzata
Różewicz: Refleksją!
Bp
Andrzej Siemieniewski: O, refleksją o tym graniu i istnieją studia
muzykologiczne, można mieć tytuły naukowe! W badaniu literatury i muzyki XVIII
w. można mieć naukowe tytuły. To jest w zupełnie innym znaczeniu nauka i
sprawdzalność i przez analogię teologia też jest rodzajem nauki. Mówiąc takim
językiem pozakościelnym, jest rodzajem nauki o tekstach religijnych. Tak jak
studium poezji XIX w. jest nauką o sumie tekstów, które uchodzą lub wtedy
uchodziły za poezję. Trochę podobnie teologia jest studium tekstów, chociaż
może też innych dzieł sztuki, ale głównie tekstów, które łączy zainteresowanie
np. katolicyzmem, metodyzmem czy prawosławiem, czy judaizmem, czy czymkolwiek
innym. Tak że to się tutaj wiąże z tą kwestią sprawdzalności, ale ona jest
rozmaita w rozmaitych naukach.
Teraz jeśli chodzi
o drugi problem… Homo sapiens! To się wiąże też trochę z Karolem Darwinem… i
prześladowaniem nauki przez Kościół. Otóż nie wiem, czy to jest najlepsza
metoda, że tak… odmalowujemy taką panoramę na świecie tego, co nazywamy religią
(a tam się różne zjawiska mieszczą: hinduizm, chrześcijaństwo w różnych formach
historycznych) i z tej panoramy religii wyciągamy negatywne rzeczy (Galileusz,
Kopernik, który się lękał, no nie wiem… może jeszcze terroryści motywowani religijnie)
i to jakoś wciągamy wspólnie do problematyki […].
W książce O
pochodzeniu gatunków Darwin rozważa np. nierówność ras ludzkich, mówi o
tym, że jedne rasy są inteligentniejsze, zdolniejsze, a inne rasy mniej, że są
po prostu mniej rozwinięte, że istnieją rasy ludzkie, które są w ewolucji
postawione wyżej, a są rasy, które ewidentnie stoją niżej. Nawet stawia taki
przykład (to jest w książce O pochodzeniu człowieka) Celta i Szkota.
Szkot jako Germanin, mówi tam Darwin, jest oszczędny, rozumny i pracowity,
Celt, jak wiadomo, jest niechlujny, nieokrzesany i leniwy. No, tacy są Celtowie
— ma na myśli Irlandczyków. I nawet mówi tak: zróbmy eksperyment. Zostawmy na
jakiejś wyspie taką samą liczbę Celtów i Szkotów. Celtowie będą się mnożyć jak
króliki… nawet próbuje szacować, że po pewnym czasie 5/6 dzieci
będzie należało do Celtów, ale 5/6 wynalazków, majątku, przedsiębiorczości
będzie należało do Szkotów. No toż to czystej wody rasizm! Jeżeli uświadomimy
sobie, że to było napisane w 1870 roku i zastanawiamy się, co się działo w
następnym i w następnym pokoleniu… Tylko czy to by było dobre podejście do
nauki? Otóż nie, ja się z tym nie zgadzam, że teraz mamy odmalować coś takiego
jak, powiedzmy, nauka i wyławiać negatywne elementy i je zestawiać w jakiś taki
czarno odmalowany scenariusz pt. „nauka”. To dałoby się zrobić, ale myślę, że
byłoby to absolutnie fałszywe, ponieważ trzeba podchodzić całościowo, chociaż
trudno ukryć, że Darwin takie rzeczy pisał… Tak, na pewno trzeba by np.
postawić problem: wpływ Kościoła katolickiego na naukę — plusy i minusy, i tak
to rozważyć. Pewnie podobnie wpływ idei Karola Darwina na losy świata ma swoje
plusy i minusy. To dopiero miałoby ręce i nogi. Czyli starać się dostrzegać
jedne i drugie aspekty i jakoś roztropnie zrównoważyć, a nie mieć najpierw
klucz, negatywny, i potem wg tego klucza wyławiać jakieś zjawiska właśnie
negatywne, bo to się zawsze da zrobić, ale to się da zrobić ze wszystkim:
katolicyzmem, prawosławiem pewnie tak samo, i to się da zrobić również z
ewolucją, fizyką czy czymkolwiek innym. Więc to podejście nie wydaje mi się
takie najszczęśliwsze.
Człowiek jako
korona stworzenia… w Księdze Koheleta, to ciekawe, która powstała chyba
z 2 i pół tys. lat temu, jest napisane tak: człowiek, sam przez się, jest tylko
zwierzęciem. Tak że ja myślę, że stawianie człowieka jako korony stworzenia nie
polega na tym, że człowiek nie zauważa, że podobnie jak krowa czy pies musi pić
wodę czy się odżywiać, spać, jest mu zimno itd., czyli ta cała somatyczna
strona. Myślę, że to nie na tym polega, bo zwrócenie uwagi na cielesność, to
właśnie jest w Księdze Koheleta: bo sam przez się jest tylko
zwierzęciem. Więc myślę, że stawianie człowieka jako korony stworzenia lub
wyjątkowość człowieka polega na czymś innym. Właśnie na wyłowieniu spośród tych
wielu rzeczy wspólnych psom, owcom, małpom czy innym stworzeniom, tego właśnie,
co wyróżnia. Zresztą, nie wiem, czy to do tego jest akurat psychologia
ewolucyjna potrzebna. Karol Darwin znów w O pochodzeniu człowieka, to
są jego sformułowania — XIX w., tak napisał, że człowiek się nie różni żadną
cechą od zwierząt, różni się tylko intensywnością tych cech… nawet o
religijności tak pisał. Nawet zwierzęta mają przebłyski religijności, np. pies
wobec człowieka. Tak że to są rzeczy stare. Tak sobie to przedstawiał: reakcje
psa na człowieka, że to jest jakiś prawzór religii. Taka była jego opinia. Ale
chrześcijańskie podejście nie polega na tym, że nie zwracamy uwagi na to, co
jest wspólne, dzisiaj jest taka pasja… Otóż w dawniejszych wiekach bardziej
zwracano uwagę na inny aspekt, ponieważ nie uważano, że tak strasznie trzeba
rozważać to, co jest wspólne ze zwierzętami, bo to jest dosyć oczywiste,
a szczególnie wtedy, kiedy ludzie żyli w większej symbiozie ze zwierzętami.
Mieli zwierzęta w domu — to się jakby rzucało w oczy, trzeba było mówić
bardziej o tym, co wyróżnia, czyli o stronie duchowej. I to jest zwrócenie
uwagi na ten aspekt, ale przypominam — Księga Koheleta: człowiek sam
przez się jest tylko zwierzęciem. Oczywiście z dopowiedzeniem, że ta
strona, która tu nazwana jest zwierzęciem, a w Księdze Rodzaju prochem,
otrzymuje tchnienie Boże. I tu znowu możemy sobie wyobrażać, że Bóg jest hmmm…
jest tego samego rodzaju, co elementy materialne. Jednym słowem, że jakakolwiek
nauka przyrodnicza jest w stanie znaleźć coś takiego, jak Bóg w człowieku. To
jest niemożliwe, o tym właśnie mówi Augustyn: żeby nie wiem jak badać miasto
zbudowane przez cesarza, to my nie znajdziemy tam odcisku ręki cesarza, bo
cesarz żadnej cegły nie podniósł, żadnego kamienia nie ułożył. Żeby nie wiem
jak chemik, fizyk i specjalista technolog badał starożytne miasto, nie znajdzie
tam odcisku ręki cesarza i powie w końcu: „Cesarz nie zbudował tego miasta —
ono zostało zbudowane przez rzemieślników”. I to jest inny aspekt, kiedy
powiemy, że cesarz zbudował miasto, a inny aspekt, kiedy mówimy, że człowiek
jest istotą duchową. I nie mamy na myśli, że oprócz tej solidnej materii,
złożonej z tych twardych tkanek, jest taka subtelniejsza czy rzadsza i to
właśnie jest duch. Nie, to nie jest rzadsza materia. To w ogóle nie jest
materia, to jest coś innej kategorii, nie podlegającego naukom przyrodniczym.
Tyle takiej refleksji na bieżąco.
Adam Jezierski:
Ja chciałem o czymś innym, ale ta argumentacja ks. bpa o porównaniu plusów i
minusów Kościoła i plusów i minusów nauki nie trafia mi do przekonania.
Chociażby z punktu widzenia tego, że przecież przed chwilą ksiądz bp
powiedział, że Kościół jest święty […] zresztą powtórzył to ostatnio papież:
święty Kościół grzesznych ludzi… Ja nie bardzo wiem, co to znaczy. To
znaczy można założyć, że to jest depozytariusz założony przez Pana Boga i wtedy
jest święty z definicji, ale po czym poznać tę świętość, że tak powiem,
historycznie, to trudno powiedzieć. A nikt nie ogłosił, że nauka jest święta
albo nieomylna, prawda? Tzn. z wyjątkiem jakichś skrajnych scjentystów, tacy
są, ale to zostało odrzucone. Ale to tylko taka mała uwaga odnośnie tego, co
ks. bp powiedział.
Ja
przede wszystkim chciałem podziękować za muzykę, bo muzyka, jak wiadomo,
łagodzi obyczaje… Jaka by ta dyskusja była, proszę państwa, gdyby nie ta
muzyka? Jeszcze wracając do muzyki, to są takie prawdy, które da się wyłożyć
tylko językiem sztuki. Właściwie ani nauka, ani teologia nie potrafi pewnych
prawd wyłożyć. Tak mi się wydaje.
Ale
chciałem wrócić ad meritum. Mianowicie dwie postaci, które bp
przytoczył, mianowicie Stephen Hawking i Józef Maria Bocheński, budzą
szczególnie mieszane uczucia. Ja przyznaję, że też się wychowałem na lekturze
tych książek. Stephen Hawking pozwala sobie nawet pisać w jednej z ostatnich
książek, że jak już poznamy bardzo dużo i to będzie upowszechnione w społeczeństwie,
to poznamy w końcu umysł Pana Boga, tak że to jest już w ogóle coś ekstra. Z
kolei Innocenty Maria Bocheński, jego wypowiedzi dziwiły mnie od samego
początku. Przede wszystkim poraził mnie tzw. Słownik zabobonów, gdzie
właściwie każdą prawdę można uznać za zabobon. Ja mogę powiedzieć cokolwiek i
mogę powiedzieć, że to jest zabobon, ponieważ to zostało przekręcone itd.,
wobec czego jest to zabobonem. Jest to rzeczywiście dość dziwne rozumowanie.
Ale wracając do sprawy nauki i religii. Otóż my w ramach festiwalu nauki
organizujemy takie dyskusje, one się cieszą niesłabnącym zainteresowaniem.
Część osób, które uczestniczą, jest tu obecna na sali. Bardzo byśmy chcieli,
żeby kiedyś uczestniczył np. ksiądz, ale nie udało się jeszcze sprowadzić. […]
Więc te dyskusje są rzeczywiście ciekawe, ale chciałem powiedzieć o pewnej
zasadzie, która w tej chwili przebija się, jeśli uwzględniamy to jednak
nieuchronne iskrzenie między nauką i religią. Mianowicie tzw. zasada NOMA.
Pierwszy raz wypowiedział ją chyba S.J. Gould, mianowicie to jest zasada
Non-Overlapping Magisteria, czyli nie nakładające się magisteria. Otóż to jest
bardzo ciekawa zasada. Można poruszać wspólne problemy, ale magisteria są
różne. I tego się powinniśmy trzymać. Inny jest paradygmat i inne magisterium
nauki, a zupełnie inne magisterium różnych religii, bo tu nie tylko trzeba
mówić o religii katolickiej. Ja mam znajomego Japończyka, który zadziwia się
namiętnymi sporami między nauką a religią, które się prowadzi między
chrześcijanami a nauką. On jest wierzący, ale twierdzi, że takie problemy w
ogóle dla niego nie istnieją. On się temu bardzo dziwi, że w kręgu kultury
europejskiej takie dyskusje mają miejsce, więc moje pytanie jest takie. Zasada
NOMA — czy to dałoby pozytywne rezultaty? Bo, jeszcze raz powiadam, można
założyć nie nakładające i wtedy jest spokój.
Ale jeszcze jedno
pytanie, które chciałem zadać, mianowicie teologia jest do pewnego stopnia
nauką, w wysokim stopniu… Nie wiem, czy ks. bp zna wypowiedź prof. Woleńskiego
z Krakowa. Mianowicie on tam rozważa, czy teologia jest naprawdę nauką, i
dochodzi do wniosku, że ma metodologię naukową itd., natomiast w jednym punkcie
stwierdza, że nie może tego uznać za naukę, mianowicie w zapisie, który podobno
obowiązuje. I chciałem zapytać, czy taki zapis rzeczywiście istnieje, że
teologiem katolickim może być tylko wierzący katolik. On oczywiście mówi, że
jak ktoś zajmuje się filozofią Platona, to nie musi być platonikiem, jak się
ktoś zajmuje filozofią Arystotelesa, również nie musi być arystotelikiem,
natomiast w tym wypadku dobrym jedynym możliwym licencjonowanym teologiem
katolickim może być wierzący katolik. I on uważa, że to jest pewien uszczerbek
na pojęciu teologii jako nauki.
Andrzej
Hulanicki: Otóż koledzy już przed chwilką poruszyli to, co ja chciałem
powiedzieć, a ks. bp właściwie odpowiedział już na moje pytanie. Ale ja
chciałem się upewnić, że moje rozumienie odpowiedzi jest poprawne.
Otóż weryfikacją
dla teologii jest tekst święty, a które teksty są święte, o tym decyduje
Kościół. I to jest koniec weryfikacji w teologii. Dziwi mnie bardzo… Tzn. nie
dziwi, tylko słyszę to bez końca, byłem na takim posiedzeniu senatu, kiedy dwaj
uczeni chemicy ocenili badania naukowe prowadzone przez PFT. Zdziwiłem się, że
podpisali się pod tym profesorami, bo wydaje mi się, że nie mieli do tego
żadnych kwalifikacji. Jak zrozumiałem, teologia to jest badanie świętych
tekstów i jest prawdą to, co w świętym tekście jest napisane, i Kościół uznał,
że jest to tekst święty. No może jeszcze interpretacje… Tak że debata, o której
tutaj prof. Jezierski przed chwilą mówił, między uczonymi i teologami, jest
właściwie debatą o niczym, bo fizycy mają inne, matematycy mają inne, może
nawet powiedziałbym więcej: uczeni mają inne sposoby weryfikacji. Istotnie… tu
obecny Mieczysław Inglot opowiadał mi przed laty, że jeden z wybitnych
historyków literatury, Jan Kott, znalazł tekst, który był dowodem na to, że w
oświeceniu występowały już elementy ludowości w literaturze. To było O
Stasiu i Kasi i to było uważane wtedy za wielkie odkrycie, że jednak był
taki tekst. No, okazało się, właśnie przy pomocy weryfikacji, która panuje w
historii literatury, że zbadano, że to był panegiryk na cześć Stanisława
Augusta i Katarzyny Wielkiej, więc jest prosta weryfikacja i od tego momentu,
jak rozumiem, nie było wątpliwości, jak tam jest. Jest sposób sprawdzenia.
Więc czy dobrze zrozumiałem: Teologia bada pisma święte, a które są święte,
ogłasza Kościół?
Bp Andrzej
Siemieniewski: Co to znaczy „święty Kościół”? To może tak przez analogię, np.
że rodzina jest wspólnotą miłości. Może nie zawsze w takich górnolotnych
słowach, ale pewnie tak każdy o swoim domu rodzinnym powie. Czy to znaczy, że
jedyną rzeczywistością, jakiej doświadczaliśmy w domu rodzinnym, była miłość?
Nie, było bardzo wiele rzeczy: były kłótnie, spory, może nawet jakieś gorszące.
Chcemy przez to powiedzieć coś innego, że spośród różnych innych doświadczeń to
to właśnie jakoś przewijało się, powiedzmy, rodzicielska miłość. O, to w tym
sensie mówi się, że rodzina jest wspólnotą miłości, co wcale nie zaprzecza
temu, że w rodzinach są zupełnie normalni ludzie ze wszystkimi swoimi wadami.
I teraz przenosząc tę analogię na język o świętości Kościoła. Kiedy mówimy, że
Kościół jest święty, nie chcemy powiedzieć, że ludzie są w nim bezgrzeszni, a
nawet jestem pewien, że nigdzie nie mówi się tyle o grzeszności,
powiedzmy, katolików, co w Kościele katolickim. Nigdzie człowiek się nie
nasłucha tyle o swoim grzechu, co gdy pójdzie na rekolekcje. To jest jedyne
takie miejsce, gdzie się katolikom mówi tak wiele o grzechach katolików.
Teraz
co do tego poszukiwania dobrych i złych, plusów i minusów. Skoro jeszcze raz
ten temat wrócił, to możemy go jeszcze pogłębić. A wróćmy nawet do tej figury
Marsjanina, który ląduje nam na Ziemi w czerwcu 2006 r. Zaznaczam, że ja się
nie zgadzam z tą metodologią, tylko przeprowadzam eksperyment myślowy, co by
było, gdybyśmy tak podchodzili do zjawisk religijnych czy naukowych. Ląduje
Marsjanin i się pyta: Powiedzcie mi, czy w ostatnich 100 latach mieliście tu na
Ziemi jakieś próby uporządkowania życia społecznego wg nauki? Czy były jakieś
ustroje nazywające siebie naukowymi? Jakieś takie, które wyrugowały religię i
kierowały się w deklaracjach tylko odkryciami rozumu ludzkiego? To odpowiedź
byłaby pozytywna, prawda? Było coś takiego, jak komunizm naukowy, prawdę mówiąc
było nawet coś takiego jak rasizm naukowy. Prawdę mówiąc rasizm pod koniec XIX
w. miał potężną podbudowę naukową, a nawet, o zgrozo, do Mein Kampf Adolfa
Hitlera trafiły niektóre myśli z książki O pochodzeniu człowieka, nawet
jeden cały obraz. Mianowicie u Darwina jest taki obraz, że ludzie bardziej się
troszczą o hodowanie rasowych psów i koni niż o troskę o rasę ludzką. I ten
obraz jest w Mein Kampf, że naród niemiecki tak jak troszczy się
o utrzymanie ras psów i koni, tak powinien troszczyć się o utrzymanie czystości
rasy. To są argumenty naukowe. Pewnie, że my patrząc z perspektywy historycznej
możemy podważać ich naukowość, ale patrzmy, jaka była motywacja. Motywacją było
trzymanie się właśnie tego, co uważano za zdobycze nauki ostatniego pokolenia.
To było ambicją. Tak że nie wiem, czy ten Marsjanin rzeczywiście odniósłby
wrażenie jednoznaczne z tego spotkania religii z nauką, gdyby się tak
rzeczywiście rozglądał nie znając historii i robiąc kwestionariusz na świecie,
jakie były skutki jednego i drugiego. Ale przypominam, że to nie jest
podejście, które mi się podoba — ono mi się nie podoba w obie strony. To nie
jest dobre podejście do nauki i to nie jest też dobre podejście do oceny religii
czy Kościoła, czy tego typu rzeczywistości.
Czy
niewierzący człowiek może być teologiem? A gdybyśmy tak przez analogię zadali
pytanie, czy taki talent muzyczny, jak ja, powinien być muzykologiem. No…
Głosy
z sali: Może być!
Bp
Andrzej Siemieniewski: Nie bardzo. Ja się na tym nie znam, nie potrafię
odróżnić dobrej muzyki od złej… Czy np. ktoś, kto nie odróżnia dobrego wiersza
od złego… Otóż generalnie powiemy, że talent muzyczny jest dobrą kwalifikacją
dla muzykologa, generalnie powiemy, że talent poetycki jest dobrą kwalifikacją,
żeby pisać o poezji np. XIX wieku.
Głosy
z sali: Nie, nie… niekoniecznie… to może przeszkadzać!
Bp
Andrzej Siemieniewski: No to tu możemy się szlachetnie różnić… Dalej… Czy
teologia… właśnie… przez co się weryfikuje? Zauważmy, że zakończyło się na
takim zgrupowaniu: z jednej strony matematyka i fizyka ze słowem „uczeni”, a z
drugiej strony teologia…
Andrzej
Hulanicki: Ja tego nie powiedziałem!
Bp Andrzej
Siemieniewski: To dobrze, takie było moje wrażenie i to moje wrażenie tylko
tutaj rozjaśnię. Otóż teologia nie powinna być grupowana z takim dziedzinami,
jak fizyka, bo to jest zupełnie inna metoda weryfikacji. Tutaj zupełnie
słusznie pan profesor przypomniał, że to jest weryfikacja przez teksty.
Bardziej należy do takiej grupy nauk, jak historia, literaturoznawstwo. To nie
są nauki eksperymentalne i to nie są nauki, gdzie się poprzez wywodzenie
dowodów formułuje kolejne twierdzenia. To jest inna metoda weryfikacji, prawda?
Tak jak nauki humanistyczne w różnych wydaniach, szczególnie te, które odnoszą
się do tekstów. I ten przykład, właśnie, dotyczący zweryfikowania błędnej
hipotezy o wartości jakiegoś tekstu z dawnych wieków… on mi się bardzo
spodobał, bo to jest typowa metoda teologiczna. Np. odkrywają 100 lat temu
tekst Didache i padają zaraz głosy: To jest najprawdopodobniej tekst z
końca I w., może ze 120 r. Teraz zweryfikujmy właśnie teologię w świetle tego,
że oto poznaliśmy tekst, którego nie znaliśmy, i pochodzi jeszcze od uczniów
apostolskich. To teraz się dowiemy, w co naprawdę wierzyli uczniowie
apostolscy. I rzeczywiście jest to typowa debata teologiczna. Sprawdźmy, co tam
w tych tekstach starożytnych jest. Albo inny przykład, bo weryfikacja może też
być niekoniecznie przez tekst, może być przez odkrycie architektoniczne. Odkryto
w Megiddo ostatnio kościół prawdopodobnie mniej więcej z 250 roku. Bardzo
ciekawa sprawa, jak on był ustawiony, jaka była mozaika na podłodze, tam były
napisy, tam były teksty, tam było coś, co prawdopodobnie było ołtarzem.
To wszystko są dane dotyczące debaty teologicznej — są takie opinie, są inne,
czy datowanie jest dobre, czy to rzeczywiście był ołtarz, czy to rzeczywiście
był kościół. I mamy dobry przykład, że weryfikuje się teologię przez znalezisko
archeologiczne, na podstawie którego można stwierdzić w co ci ludzie w
III w. naprawdę wierzyli. Więc to może być tekst, może być jakiś ślad
architektoniczny, po którym moglibyśmy rozpoznać, w co ci ludzie
wierzyli. Dlaczego dla teologii to jest ważne? Dlatego że dla teologii ważna
jest ciągłość i niezmienność wiary. Dlatego takie pasjonujące są te stare
odkrycia. Jeśli się okaże, że mamy dostęp do wiary ludzi z roku 100 czy 250,
to dla teologa katolickiego to jest pasjonujące, ponieważ to potwierdzi, a
może zaneguje tę ciągłość. To jest typowy przykład debaty. Ponieważ takie
odkrycia ciągle są, nawet teksty się pojawiają stare, tak że z tego punktu
widzenia jest o czym debatować. Myślę też, że ostatnia dyskusja na temat filmu Kod
Leonarda przynajmniej marginalnie miewała aspekty teologiczne, czyli co my
wiemy o tych starych chrześcijanach… Ponieważ Kościół katolicki stoi na
ciągłości, tożsamości wiary, wykazanie np. że w III w. wierzono w coś zupełnie
innego, zanegowałoby katolicyzm. Stąd taka temperatura tych dyskusji. Z jednej
strony teologiczne podejście: źródła nam mówią o ciągłości i zasadniczej
niezmienności, a z przeciwnej strony: A właśnie źródła nam mówią, że wszystko
ewoluowało w sposób zasadniczy. Bardzo mi się ten przykład spodobał —
argumentowanie z tekstu, ew. marginalnie z innych tego typu śladów z
przeszłości.
Jan
Burdukiewicz: Miałem o czym innym powiedzieć, ale skoro ks. bp powiedział o
sprawie weryfikowalności tekstów, chciałem powiedzieć o czymś takim. Mianowicie
jest taki problem autentyczności tekstów Platona, Szekspira itd. I wielu
znawców tekstów ustalało: to jest Platona, to jest Szekspira. Okazało się, że
sprawa weryfikacji nie jest wcale taka prosta i są inne metody weryfikacji,
które są lepsze. Mianowicie statystyczne metody leksykograficzne, w których
porównuje się słownictwo w dziełach rzeczywiście uznanych za Platońskie czy
Szekspirowskie z tymi, które są niepewne. Okazuje się, że to jest o wiele
pewniejsza metoda weryfikacji niż jakiekolwiek wczytywanie się w tekst
znaczenia w sensie interpretacji. Chciałem się więc zapytać, czy w teologii coś
takiego jest możliwe.
Druga sprawa,
którą obserwuję w argumentacji ks. bpa, to jest problem ciągłości. Mianowicie
chodzi o to, że w pewnych momentach widać, że u ks. bpa jest argumentacja
ahistoryczna, jeśli chodzi o rozwój nauki. Oczywiście np. przywołany tu
wielokrotnie Darwin sformułował koncepcję ewolucji, ale nikt dosłownie nie
czyta teraz Darwina, bo wiadomo, że nie dysponował tymi samymi faktami, którymi
my dysponujemy, a więc nie jest tak samo jak z pismami np.… porównywanie Hawkinga
i Boecjusza. Otóż owszem miał ciekawe przebłyski i pomysły, ale nie umiał
stwierdzić, co jest sensowne, co jest niesensowne. I to jest właśnie problem,
który odróżnia naukę od teologii.
Jan Klamut: Jego
ekscelencjo, ja chcę tylko zacytować na początku, że nie jestem zwolennikiem
tezy o nieomylności papieża i obrona tej tezy wydaje mi się niewłaściwa. Chcę
powiedzieć, że jestem zwolennikiem poglądów ks. kard. prof. dra Kaspera, który
w tej chwili jest w Rzymie, rządzi pewnym dykasterium, który napisał w jednej
ze swoich prac teologicznych, że praktycznie rzecz biorąc trzeba skończyć z
tego typu dogmatem, dlatego że to oznacza, że Kościół żyje w stanie wyjątkowym.
Cytuję dokładnie kard. Kaspera, ale zdaję sobie sprawę, że biskup z biskupem
nie zawsze musi się zgodzić, więc tutaj, że tak powiem, nie mam do jego
ekscelencji żadnych uwag. Natomiast ja chcę powiedzieć, że dyskusja „nauka i
wiara”, która zaczęła się od Boecjusza, od jego słynnego listu do późniejszego
papieża, gdzie zwrócił się do niego, że trzeba połączyć wiarę z rozumem,
praktycznie trwała przez całe średniowiecze i teraz też czasem wybucha. Ja chcę
tylko jedną rzecz przypomnieć. Mianowicie na paryskim uniwersytecie w czasie,
kiedy paryski uniwersytet wydawał, praktycznie rzecz biorąc, ostateczne decyzje
dotyczące teologii m.in., odbyła się dyskusja między trzema wybitnymi wtedy
teologami i filozofami, dlatego że powstał problem prawdy i powstał problem, co
jest ważniejsze: prawda nauki czy prawda teologii. I w tym momencie Zygfryd z
Brabantu sformułował tezę, że jedno i drugie nawet jeśli jest sprzeczne, jest
prawdziwe. Chcę powiedzieć, że ta teoria podwójnej prawdy miała swoich
zwolenników, choć Zygfryd z Brabantu musiał uciekać z Paryża — i to nie z
powodu decyzji władz świeckich. Z drugiej strony zawsze jest problem, czy w
momencie, gdy nauka doprowadza do prawdy niezgodnej z teologią i vice versa,
gdyż takie rzeczy się w historii zdarzają, to jakie rozstrzygnięcie należy
dokonać. Chcę powiedzieć, że w historii Kościoła, tak jak ją znam, a
nie znam bardzo dobrze (jestem fizykiem), jest tak, że Kościół zakłada, że
prawda teologiczna jest wyższa niż prawda nauki. Chcę powiedzieć, że te
przypadki rozstrzygnięć tego dylematu, m.in. związane z Darwinem… Chociaż,
proszę księdza, jak ksiądz powiedział, że Hitler cytował Darwina, to ja
zrozumiałem, że ksiądz chciał u nas wywołać złe wrażenie, jeśli chodzi o
Darwina…
Bp Andrzej
Siemieniewski: Zaraz to wyjaśnię!
Jan Klamut: Ale
mnie tak się wydało.
Bp Andrzej
Siemieniewski: Nie, że cytował, tylko pewien obraz, który jest u Darwina,
jest też w Mein Kampf… Bo nie przypuszczam, żeby Hitler czytał Darwina i
cytował… po prostu dotarło to do niego.
Jan Klamut:
Więc jeżeli pewien obraz, który jest w Mein Kampf, wychodzi od Darwina,
to sądzę, że ksiądz chciał u nas wywołać niechęć do Darwina. Myślę, że to jest…
Głosy z sali: Nie,
nie, nie… [gwar]
Jan Klamut: Bardzo
państwa przepraszam. Czy mogę zostać ze swoim poglądem w tej sprawie? [gwar]
To jest jedna
sprawa i chcę powiedzieć bardzo wyraźnie, że powiedziałem to po to, że pewien
sposób argumentacji, jaki jego ekscelencja stosuje, jest dla mnie troszeczkę
nie do przyjęcia, tylko tyle.
Teraz
druga sprawa. Hawking (boja znam ten cytat, bo czytałem i książkę, i opis tego
wydarzenia) wyraźnie mówi, że on się bał, że jeżeli papież by słyszał to, co on
zrobił, w tym czasie, co miał ogłosić, to by miał zakazane ogłaszanie. Tak że
to nie była domyślna uwaga, tylko on to wyraźnie powiedział: on się po prostu
bał. Ja się mu dziwię, ale to jest inna sprawa. Na pewno by nie był
ekskomunikowany. I to są te pytania dotyczące prawdy. Chcę też powiedzieć
bardzo wyraźnie, że ja bardzo lubię teologię, ale koniec ja chcę powiedzieć, że
najbardziej cenię teologię negatywną, tzn. Dionizego Areopagity. To jest
święty, teologia jest uznana i zgadzam się, że teologia negatywna mniej ma do
czynienia z nauką. Teologia negatywna mówi tak, że my nie możemy określić, czym
jest Bóg (św. Augustyn mówił, że to jest nie do pojęcia), ale możemy jedynie
określić, czym nie jest Bóg. Myślę, że to jest podejście teologiczne bardzo
rozsądne, chociaż w pewnym momencie, jeśli naukowiec szuka, co jest co, to w
takim razie to już nie pasuje do nauki. Dziękuję bardzo.
Bp
Andrzej Siemieniewski: Chciałem podziękować za tę wypowiedź, dlatego że
myślę, że zgadzamy się właściwie w większości naszych wypowiedzi. Np. tutaj
sobie zanotowałem, że ten sposób argumentacji jest nie do przyjęcia. Właśnie o
to mi chodziło. Chciałem zrobić taki myślowy eksperyment polegający na tym:
spróbujmy zobaczyć, co by wynikło, gdyby takie negatywne, jednostronne,
szukające tylko minusów spojrzenie, które stosuje się wobec religii, co by
było, gdyby je zastosować wobec nauki. No i wtedy okaże się, że skutki
społeczne nauki można i tak wyławiać z historii i że to jest nie do przyjęcia.
Ten mój eksperyment na tym właśnie polegał: to jest nie do przyjęcia — w obie
strony. Właśnie, bo jak na skutki społeczne patrzymy jakiegoś fenomenu (nie
wiem, religii albo nauki), to trzeba patrzeć na wszystkie skutki społeczne —
pozytywne i negatywne — i zobaczyć, jaki jest bilans. Co do tego, że Hawking
się bał… hmmm… Trudno mi jakoś uchwycić, czego mógłby się bać. Ekskomunikowany
być nie mógł, bo ekskomunikować można tylko katolika, a on nie jest katolikiem.
Czego jeszcze mógłby się bać? Zakazu mówienia? Trudno mi sobie wyobrazić, w
jaki sposób papież mógłby jakiemuś Anglikowi zakazać coś mówić.
Czy Kościół
zakłada, że prawda teologiczna jest wyższa od prawdy naukowej? Nie myślę, aby
tak sformułowane zdanie było prawdziwe. Mianowicie, że nastąpi zderzenie prawdy
naukowej z prawdą teologiczną i teraz w tym zderzeniu prawda teologiczna
wypłynie, bo jest ważniejsza. Myślę, że to trzeba by inaczej sformułować: że
prawda naukowa nie może się zderzyć z prawdą teologiczną, a jeśli sprawiają
wrażenie, że się zderzają, to musi być kwestia sformułowań. Jeżeli nauka
odkryła coś z rzeczywistości, to to nie może się zderzyć z teologią. Trzeba
pogłówkować i podyskutować, żeby to wygładzić. Ale to jest zupełnie inne
myślenie, niż że przy zderzeniu teologia będzie górą, bo jest ważniejsza. […]
Weźmy taki przykład prawdy moralnej. Darwin rozważa taki problem w książce O
pochodzeniu człowieka, czy z faktu (bo on to tak nazywa — „fakt”)
istnienia ras ludzkich na różnym poziomie wynika dopuszczalność takiej dbałości
o czystość rasy, żeby np. nie dopuszczać do mnożenia się ras niższych, ew. osób
obciążonych dziedzicznie. Jego argumentacja jest taka: nie należy tego robić,
ale wcale nie z tego powodu, że to by szkodziło tym ludziom, tylko tego nie
należy robić, bo to by moralnie szkodziło tej wyższej rasie. No to tutaj
Kościół by się zupełnie nie zgodził i to byłoby zderzenie. Ale to nie byłoby
zderzenie nauki z teologią, tylko to by było zderzenie moralności
głoszonej przez Darwina, o której Kościół by powiedział: ta moralność wcale nie
jest wnioskiem naukowym, ona jest nadbudowana, ona jest już zinterpretowaną
nauką. To nie byłby konflikt teologii z nauką, tylko konflikt moralności,
różnych systemów etycznych.
Jan Wadowski:
Odnośnie świętości Kościoła, to mógłbym powiedzieć, że kiedyś rozmawiałem z
takim młodym księdzem i pytam się: dlaczego zostałeś księdzem? A on: „No wiesz,
minęło 2000 lat istnienia Kościoła, a Kościół trwa i dlatego właśnie zostałem
księdzem”. Chodzi o to, że mimo błędów swoich Kościół przetrwał te 2000 lat.
Odnośnie
nieomylności papieża, to myślę, że wypadałoby podkreślić, że Jan Paweł
II nigdy nie skorzystał z tego przywileju, bo nieomylność występuje
tylko w przypadku głoszenia ex cathedra jakiejś nowej prawdy, a
więc z tego by wynikało, że swoim zachowaniem dał jakby do zrozumienia, że z
tej nieomylności instytucjonalnej, czyli Kościoła, nigdy nie skorzystał, bo on
musi być w łączności z biskupami, z tego co pamiętam. Ale to nie księdzu bpowi
tłumaczę, ale państwu.
Odnośnie
błędów Kościoła trzeba podkreślić, że Kościół uderzył się w piersi i wydana
została książeczka, w której Kościół jak gdyby wyzna swoje błędy i zresztą
papież to podkreślał. Zresztą nawet wśród zaleceń dla wykładowców na filozofii
jest powiedziane coś takiego np., że nie należy ukrywać Giordano Bruno. Ja o
Bruno dość długo mówię na wykładzie, bo był to przypadek bardzo negatywny. I
tu, wydaje mi się, jest genialność Kościoła, że potrafi te błędy nazwać i nawet
o nich mówić. Oczywiście trzeba brać pod uwagę kontekst, bo ci ludzie też byli
obarczeni historycznymi swoimi naleciałościami. W tej dyskusji należy
przypomnieć na pewno Fides et Ratio. Tam jest przedstawiona
koncepcja Jana Pawła II prawdy jako jednej prawdy, więc prawda jest jedna,
czyli prawda nie może być sprzeczna z prawdą, natomiast są różne języki
wyrażania tej prawdy i różne poziomy. I w związku z tym wydaje mi się, że
fundamentalny błąd głównie scjentystów polega właśnie na tym, że nie widzi się
tego, że to są różne jakby porządki. Ja, zainspirowany Salonem, byłem na takiej
konferencji na UKSW na temat kontrowersji wokół początków antropogenezy. Celowo
pojechałem, bo tu nieraz były dyskusje na ten temat, i zauważyłem ten sam błąd.
I to zastanawiało mnie ze strony scjentystów, np. pan Karol Sabat, dość wzięty
publicysta z „Wiedzy i Życia” choćby. On zestawił dane z Biblii i dane z
nauki pokazując, że Biblia jest bez sensu, bo nauka nie potwierdza np. że
wszechświat ma kilka tys. lat i że świat nie powstał w przeciągu 6 dni.
Zestawił takie rzeczy i w sposób bardzo naiwny to zrobił i złośliwy, zupełnie
nienaukowy właśnie. A więc mam wrażenie, że naukowcy przybierając szaty nauki
postępują nienaukowo i to jest wg mnie nieuczciwe intelektualnie. Natomiast mam
dwa pytania. Jaka jest różnica między intelektualizmem a duchowością? Czym jest
intelektualizm, a czym jest duchowość? Czy można być np. dojrzałym
intelektualnie, a niedojrzałym duchowo? I drugie pytanie. Co ks. bp sądzi na
temat procesu globalizacji i roli Kościoła w tym procesie?
Jerzy
Piątkowski: Ks. bp przedstawił szereg koncepcji mówiących o powstawaniu
świata, wywodzących się z kręgów chrześcijańskich, które różniły się w stosunku
do siebie, były wręcz sprzeczne, jak np. koncepcja, że Bóg stworzył świat, ew.
druga koncepcja, że świat nie ma początku, a jeśli nie ma, to znaczy, że nikt
go nie stwarzał. Zresztą sam ks. bp wielokrotnie stwierdzał tutaj, że był
szokowany kolejnymi książkami czytanymi czy kolejnymi koncepcjami. Mnie zresztą
to zadawanie pytań i to takie szokowanie, dziwienie się nie dziwi już, kiedy
słyszę filozofa, bo ja nie słyszałem tu jeszcze filozofa, który by nie zadawał
mnóstwa pytań, nie udzielając żadnej odpowiedzi. Ja chciałem w związku z tym
zapytać ks. bpa, czy ksiądz ma jakiś swój pogląd na temat pochodzenia świata.
Czy z którąś z tych koncepcji ksiądz się utożsamia?
Chciałbym się
ustosunkować jeszcze do jednej rzeczy, ponieważ uważam, że bardzo celne zdanie
wypowiedział ks. bp mówiąc, że np. chrześcijaństwo należy oceniać nie tylko
pod kątem ew. defektów, wad, ale też i widzieć zalety. Wydaje mi się, że bardzo
podstawowy błąd popełniany przez wiele osób polega na tym, że jedni widzą tylko
zalety, inni tylko wady i w żadnym wypadku nie jest obiektywnie oceniany np.
Kościół katolicki, chrześcijaństwo itd. Moim zdaniem jest rzeczą nieprawidłową
atakowanie religii w ogóle czy chrześcijaństwa i Kościoła, nieprawidłową ze
względu na to, że to jest atakowanie człowieka, natury ludzkiej, biologii,
chociaż niektórzy z państwa się tu zdziwią, że tak mówię. Dlatego że uważam, iż
wbrew temu, co niektóre osoby sądzą, istnieje łagodne powiązanie, pomost
pomiędzy biologią a religią — mianowicie da się naukowo uzasadnić taką
koncepcję, że biologia stworzyła religię. Ja chciałem jeszcze może po przerwie
wypowiedzieć na temat tych relacji pomiędzy Darwinem, Hitlerem, rasizmem, bo tu
jest potworne pomieszanie, ale to może po przerwie.
Bp Andrzej
Siemieniewski: Jeszcze przypomniało mi się jedno pytanie dotyczące
statystycznej metody oceniania autentyczności tekstów autorów starożytnych.
Rzeczywiście taką metodę stosowano, np. ciekawym przypadkiem jest List do
Hebrajczyków w Nowym Testamencie. Dzisiaj się często popularnie mówi, że to
jest list św. Pawła, chociaż tradycja liturgiczna była taka, że nie mówiło się
„List św. Pawła do Hebrajczyków”, tylko po prostu „List do Hebrajczyków”.
Dlaczego? Bo od starożytności było wątpliwe, czy to jest list św. Pawła. Nawet
Orygenes, to jest początek III w., mówi tak: Może być list św. Pawła w tym
sensie, że on mógł go napisać, to może być list św. Pawła w tym sensie, że on
zlecił komuś, żeby napisać, a później się podpisał, to może też być w tym
sensie, że w jego kręgu powstał i z tego powodu mówiono, że to jest list św.
Pawła, czyli wg naszej mentalności nie byłby listem św. Pawła. I takie
wątpliwości od starożytności były w Kościele katolickim, dlatego w liturgii tak
ostrożnie się mówi: czytanie z Listu do Hebrajczyków, nie mówi się czyjego. I
rzeczywiście robiono do różnych tekstów biblijnych tego typu badania, żeby
sprawdzić, jakie terminy teologiczne częściej lub rzadziej wypadają. Takie
metody się stosuje.
Co do pytania pana
doktora dotyczącego interpretacji różnych tekstów biblijnych, to Orygenes też
mi się przypomniał (to tak chyba myśląc o tych statystykach) co do
interpretacji dosłownej Starego Testamentu. Orygenes ma taki niewyparzony
język, ale chyba mogę powtórzyć takie brutalne słowo. Powiedział: „Chyba nie
znajdzie się taki prostak (ja cytuję, tak powiedział), który by myślał, że Bóg
niczym jakiś ogrodnik wziął drzewo i zasadził w ogrodzie Eden na wschodzie”.
Chodziło mu o to, że chyba nikt tak nie myśli, że Pan Bóg bierze drzewo, wtyka
w ziemię i podlewa. To dla niego było tak oczywiste, że on nie polemizował z
tym, on w taki sposób to ośmieszał. To była I polowa III w. i chyba nikt z tego
powodu się w Kościele nie spierał. Teraz właśnie bardzo ciekawe pytanie
dotyczące stworzenia. Czy to są dwie sprzeczne hipotezy, że Bóg stworzył świat
i że świat nie ma początku. To jest pytanie […] nie musi oznaczać
początek czasowy, ale chrześcijańska koncepcja Boga to nie jest Bóg immanentny,
czyli mamy jakiś wielki kosmos, w obrębie którego jest Bóg i świat. Nie, mamy
koncepcję Boga transcendentnego i właśnie może ja zacytuję, bo miałem to
gdzieś zapisane, co mówił św. Tomasz, bo to mi pasowało do tego przykładu,
który podawałem wcześniej: „Nie będzie herezją (tak powiedział św. Tomasz — to
jest XIII w.) powiedzieć, że mieści się w mocy Boga, aby coś stworzonego przez
niego było zawsze”. On oczywiście nie mówi, że to jest prawda, bo nie ma
możliwości sprawdzić, czy świat istnieje długo, krótko czy też zawsze. On tylko
mówi, że gdyby kiedyś fizycy odkryli albo zaproponowali taką hipotezę, że świat
istniał nieskończoną liczbę lat albo że w innym sensie nie miał początku, że to
zdanie nie jest sprzeczne ze zdaniem, że Bóg stworzył świat. Dlaczego? Dlatego
że, to już św. Augustyn pisał (to jest V w.), że Bóg mógł stworzyć świat w
czasie i wtedy miałby początek, ale mógł też stworzyć świat razem z czasem i
wtedy świat mógł nie mieć początku. Co więcej, Boecjusz (VI w.) nawet mówił, że
mógł nie mieć końca. I wszyscy trzej twierdzili, że w żaden sposób to nie jest
sprzeczne z ideą stworzenia. Na tym polega transcendencja. Jeżeli Bóg jest
immanentny, tzn. że jest podporządkowany czasowi, mijają sobie miliony lat i
nic się nie dzieje, Pan Bóg spogląda na zegarek i jest w tym czasie zanurzony,
i w odpowiedniej chwili — bach! — stwarza świat…
Janusz
Drożdżyński: Ale Pan Bóg nie ma zegarka?
Bp Andrzej
Siemieniewski: Otóż nie, na tym polega koncepcja transcendencji. Bóg nie
jest bytem zanurzonym w czasie, tylko jest ponad czasem. Dlatego są nawet
odrębne terminy łacińskie: jeden oznaczał wieczność, czyli ciąg chwil jedną po
drugiej, a drugi wiekuistość, czyli bytowanie ponad czasem. […] Następstwo
zdarzeń dotyczy stworzenia. O tym mówi Augustyn, Boecjusz, Tomasz i pewnie
inni, ale akurat tych zapamiętałem. Św. Tomasz napisał taką książeczkę O
wieczności świata (De Aeternitate Mundi). Króciutka 4 i pół
stroniczki, polecam. Właśnie rozważa ten problem: czy jest możliwe, aby świat
stworzony przez Boga istniał od zawsze? Nie pamiętam, czy rozważał tam
przyszłość, czy mógłby zawsze istnieć, bo to Boecjusz o tym pisał, ale wstecz —
na pewno. Tak że to nie jest sprzeczność, na tym polegały średniowieczne
rozważania, czy Bóg jest w czasie, czy jest ponad czasem. I ewidentnie
odpowiedź jest: ponad czasem, jest transcendentny, nie jest zanurzony w
strumieniu czasu, w strumieniu czasu są zanurzone byty materialne, czyli
stworzenia.
PRZERWA
Janusz
Drożdżyński: Dla informacji księdza biskupa jestem człowiekiem wierzącym,
ale niepraktykującym. [śmiechy] Niepraktykującym m.in. z tego
powodu, że systemy wierzeń religijnych wielkich religii są wzajemnie sprzeczne
i […] w związku z tym trudno byłoby mi uwierzyć, żeby Pan Bóg nie wskazał tej
religii, która jest jedynie słuszna i prawdziwa. Przecież miałby taką
możliwość, a nie zrobił tego od narodzin Chrystusa aż do czasów dzisiejszych.
Istnieją co prawda jakieś cudowne wydarzenia, ale nie przekonuje to przecież
większości ludzi. A Pan Bóg miałby przecież tę możliwość pokazania, Chrystus
nawet nie próbował przekonać Rzymian, że jest Bogiem, a co dopiero współcześnie
mamy problemy z wykazaniem świętości Jana Pawła, a powinno to być jednoznaczne.
I tutaj moje pytanie, jaki jest stosunek religii katolickiej do innych religii?
Bo one są całkowicie sprzeczne, a widzę tutaj tolerancję. To tak by wyglądało,
jakby była zgoda, że istnieje wiele Bogów: istnieje Mahomet, jest Budda, że
wszystko jest…
Głosy
z sali: Mahomet jest prorokiem, a nie bogiem… Allach.
Janusz
Drożdżyński: Również śledziłem bardzo uważnie wypowiedzi Benedykta XVI i
doszedłem do wniosku, że Kościół katolicki zastygł w dogmatach i jest
całkowicie nieprzygotowany na wyzwania współczesnej nauki. Mam przede wszystkim
na myśli neurobiologię i badania nad sztuczną inteligencją. Już w tej chwili
nie ma żadnych wątpliwości, że idea dualizmu substancjalnego nie da się
obronić. Chyba w najbliższych już latach również wyjaśni się materialne podłoże
świadomości. W związku z tym wymagana będzie totalna rewizja pojęcia grzechu,
zbawienia, a nawet koncepcja życia wiecznego musi ulec zmianie. Ja nie widzę,
żeby ktokolwiek zrobił tu jakiekolwiek ustępstwa. Ja przepraszam za tę wypowiedź.
Pół żartem, pół serio powiem: może się zdarzyć, że przepowiednia Nostradamusa
spełni się (kolejna — nie wszystkie się spełniają, ale ta może się spełnić), a
przewiduje, że gdzieś za parę lat nastąpi rewolucja w Rzymie i upadek papiestwa
i Kościoła katolickiego. Ale to tak…
I ostatnie już
pytanie: czy ks. bp ma jakiś pogląd na to, co robił Pan Bóg przed wielkim
wybuchem? Bo miał całą wieczność. Chyba nie mógł leniuchować, musiał robić
jeden wybuch za drugim, trzeci wybuch i będzie robił następne wybuchy i trzeba
by się zapytać, do czego my zmierzamy z tymi wybuchami. […] No i wtedy ta
koncepcja czasu transcendentnego też ulega zmianie. Albowiem co to znaczy, że
nie ma czasu między jednym wielkim wybuchem a drugim? Musi być jakiś czas! W
przeciwnym razie wszystkie wybuchy byłyby naraz.
Aleksandra
Bubień: Ja ad vocem pana prof. Elżanowskiego. Człowiek jest
tym superfenomenem stworzenia Pana Boga. Jako neuroanatom czuję tak: jest
ukoronowaniem stworzenia na Ziemi, naszej Ziemi, bo nie wiadomo, jak jest gdzie
indziej. To jest coś wspaniałego. Ja tu mam dowód, nawet nie trzeba jakichś
empirycznych dowodów. Tu, u prof. Dudka, w tym Salonie, ta dyskusja, na tym
poziomie, takich specjalistów jest dla mnie tego najlepszym dowodem. Nie widzę
tu na ziemi innej grupy zwierząt, kręgowców, którą stać by było na taki fenomen
zebrań i dyskusji na tematy wiekuiste, bo to są tematy wiekuiste — o człowieku.
Wszystko to, co tu słyszę, mi się mieści w nauce, może to nie jest tak stara
nauka, bardzo młoda — to jest antropologia kultury. Wszystko mi się tu mieści:
i religia, i sztuka, i nauka, wszystko w tej antropologii kultury i ona się tym
zajmuje. I niekoniecznie to muszą być takie doświadczenia sprawdzalne
natychmiast, empiryczne. Jest ta debata w dziedzinie nauk humanistycznych, bez
których byśmy stali w miejscu: to jest fenomenologia, którą już Hegel
zastosował w swej wspaniałej Fenomenologii ducha! Bez tego by nie
było dzisiejszej etyki w ogóle! A hermeneutyka, która wyjaśnia nam wszystko
[głosy na sali: ohohoo!], a przynajmniej stara się wyjaśnić w
dziedzinie nauk humanistycznych. Ja uważam, że to jest wspaniałe. Mieści się tu
też nasz Bóg, którego jesteśmy sobie w stanie w naszej myśli wykreować i
kreujemy go, od kiedy jesteśmy na tej ziemi, bo już gdzieś w paleolicie mamy
tego ślady, że mamy fenomen jakiegoś kultu płodności, który notabene przetrwał
do dzisiejszego dnia. To w nas tkwi. Itd., itd.… I każdy z nas ma jakiś kult, w
coś wierzy, coś więcej ponad jeść, spać… A mistycyzm!? A prorocy, którzy nam
dużo rzeczy dają!? […] Czy największego proroka dla mnie, czyli
Mojżesza, któremu się ten krzak gorejący ukazał i dał mu dekalog. Przecież to wspaniała
rzecz!!! Przyniósł z pustyni taki dekalog, który, daj Boże, żebyśmy
się tego trzymali i będzie bardzo dobrze. A religia!? A Pan Bóg!? Co to
jest Bóg!? Trudno powiedzieć, nie jesteśmy na tym etapie, ale jak mówi nasza
religia, że Bóg jest miłością, to ja w to wierzę, tylko to jest bardzo trudne
do realizacji! To jest dla mnie abstrakcja. Powinniśmy się wszyscy kochać i to
by było genialnie, gdybyśmy się wszyscy kochali! Bóg jest miłością! To się
krzyczy o tym, śpiewa o tym! Bóg jest miłością i wszystko by było bardzo
pięknie, wszystko by się zgadzało, tylko mam jedno zastrzeżenie do Kościoła, instytucji
jako takiej, może nie jedno, ale jedno, które jest właśnie szalenie sprzeczne z
tym dogmatem „Bóg jest miłością”. W ostatnim dziesięcioleciu bardzo często
widziałam w swojej dzielnicy: „Żydzi do gazu!” Szubienica narysowana z gwiazdą
Dawida. To jest XXI w.! W kościele, nawet powiem w jakim — Bożego Ciała — idę i
widzę na ladzie książkę pana (nie wiem, czy to profesor), Nowaka, który pracuje
w Radio Maryja: pełno nienawiści, podjudzania do nienawiści!!! Gdzie ta miłość
do drugiego człowieka?! To jest XXI w.! To mnie tak zraziło, że od tego czasu
moja noga w kościele nie postała. Dlaczego!? Dlatego że to jest po Holokauście!
Czy do was nie dotarło to, co się wydarzyło?!!! My do dzisiaj negujemy.
Jedwabne?! „To nieprawda”. Dzisiaj? Po tym wszystkim, co się stało, po
tych publikacjach. „Nieprawda! To Żydzi wymyślili!!!” Z Ameryki przyjechał
taki jeden, który to wymyślił, a tam był ksiądz, który był świadkiem tego
wszystkiego. Gdzie jest — ja się pytam — jakiś głos Kościoła, który by na to
zareagował. To godzi w was!!! We mnie też, bo ja czuję straszny dyskomfort
duchowy. Może mam uraz psychiczny z okresu wojny. Bo miałam te 11 czy 12 lat.
Pamiętam, jak moich ukochanych Żydów, lekarkę, która mnie leczyła, była
zaprzyjaźniona, wyratowała mnie itd., wielka miłość mojego życia, jak szła
właśnie — nie do gazu, tylko do getta. Ja to mam w pamięci. Tego księdza
katechetę, jednego, który… pierwsza spowiedź to była: „Czy kupowałaś u Żyda?”
Moja kuzynka, która niestety kupiła jakiś ogórek czy coś takiego… i krzyk na
cały kościół: „Ja ci rozgrzeszenia nie dam!!!” To pierwsza komunia św., baby
wszystkie patrzą na nią. Chodzi o to, dlaczego Kościół nie reaguje na takie
rzeczy?
Józef
Łukaszewicz: Od aksjomatu do dogmatu, ale prelegent na
początku powiedział wyraźnie, że ten tytuł jest pewną prowokacją, natomiast
będzie mówił o czym innym — o swojej drodze życiowej. To jest symbol tej
fizyki, którą zaczął studiować, i teologii, na której skończył. I myślę, że
dyskutanci jakoś nie zauważyli tego stwierdzenia i właściwie trzymają się tego
starego tytułu. Ja myślę, że w tej drodze życiowej ks. bpa jest dużo rzeczy,
które chciałoby się lepiej poznać. Mianowicie to, że po trzech latach ks.
zmienił uczelnię i specjalność — i to nie dlatego że przestała się podobać
fizyka, a zaczęła się podobać teologia, tylko były pewne zdarzenia w życiu
człowieka, tajemnicze bardzo, mianowicie powołanie kapłańskie. I to było
bezpośrednio powodem zmiany studiów. Rzecz bardzo tajemnicza, bo często bardzo
niespodziewana dla człowieka i trudna do wyjaśnienia, coś, co jest zaproszeniem
Pana Boga skierowanym do konkretnej osoby. I myślę, że ks. bp wspaniale
współpracował z tym powołaniem, nie tylko w czasie studiów już później
teologicznych, nie tylko w obecnej pracy naukowej czy w funkcji biskupiej, ale
przede wszystkim jako wspaniały duszpasterz. Ja myślę, że miałem okazję
obserwować ks. bpa w różnych sytuacjach, o niektórych wiem z opowiadań o
właśnie współpracy z rozmaitymi wspólnotami młodzieżowymi, gdzie ks. umiał
jakoś wspaniale prowadzić ludzi. Widziałem taką współpracę także w Rzymie,
kiedy przy jakiejś okazji poszedłem z księdzem na spotkanie młodzieżowe
młodzieży włoskiej i zobaczyłem, jak tam sobie ksiądz wspaniale radzi z tamtą
młodzieżą, bardzo inną od naszej. Tutaj we Wrocławiu też wiele wspólnot
ogromnie wiele zawdzięcza i chyba stąd się wzięło to przypisanie ks. bpa jako
profesora Fakultetu do katedry teologii duchowości — właśnie poprzez ogromne
praktyczne doświadczenie z prowadzenia grup ludzkich, co jest niesłychanie
ważne i chyba dużo ważniejsze od dogmatów, od tych teorii. W tej dziedzinie,
teologii duchowości, rzeczywiście można prowadzić bardzo ciekawe badania, ale
one nie są warte wiele, jeśli nie są poparte jakimś doświadczeniem, jakimś
zaangażowaniem, poznaniem duchowości ludzkiej na podstawie pracy z ludźmi.
Myślę, że to wszystko jest niesłychanie ważne w życiu ks. bpa, że to będzie
owocowało w pracy i na uczelni, i w pracy biskupa. Ja pytałem w czasie przerwy,
czy będąc biskupem ksiądz ma trochę czasu dla siebie i czy wie, że ludzie
bardzo pragną, żeby ks. bp nie „zbiskupiał”. I to nie tylko chodzi o tę tuszę,
którą podkreślano. Znamy biskupów bardzo szczupłych, np. abp Nossol, który tu
występował. Pomimo wielu lat trzyma się linii i wierzę, że tutaj ksiądz… ale
grozi zawsze przy takim objęciu stanowiska właściwie odejście od ludzi, którzy
bardzo liczą na dalszą bardzo bliską współpracę i prowadzenie.
Bp Andrzej
Siemieniewski: Bardzo dziękuję za te głosy, słowa. Jeżeli chodzi o
istnienie wielu religii, przypomniała mi się refleksja, którą kiedyś
wypowiedział angielski znawca literatury średniowiecznej i renesansowej C.S.
Lewis. On był ateistą, a w wieku mniej więcej 30 lat został chrześcijaninem. I
kiedy patrzył wstecz, to mówił tak: Kiedy byłem ateistą, to musiałem wierzyć,
że znakomita większość ludzi przez znakomitą większość wieków była w błędzie, a
ja musiałem wierzyć, że jestem jakimś wyjątkiem, który ma rację. A — dodawał —
od czasu, kiedy zostałem chrześcijaninem mogę wierzyć, że ludzie zasadniczo
wierzą w słuszne rzeczy. Co najwyżej wierzą cząstkowo, a ich poznanie jest
niezupełne.
I jak to można
odnieść do religii? Otóż kiedy chrześcijanin patrzy na mnogość religii w
świecie, to nie wydaje mu się to jakimś oceanem sprzecznych nurtów, jakimś
chaotycznym zbiornikiem sprzecznych idei, a raczej w oczach chrześcijanina
wydaje się to narastającym poznaniem. Może to bardzo zgrubnie… Istnieją w
świecie jakby trzy główne grupy religii: są religie dalekiego Wschodu,
powiedzmy, taoizm, konfucjanizm… Otóż z punktu widzenia chrześcijańskiego
lepiej nie mówić, że są błędne, tylko że są niekompletne. Istnieje tam jakaś
wizja czegoś większego niż ja-człowiek. To na razie jest może tylko jakaś
harmonia, jakiś porządek, nawet nie Bóg, ale trudno zaprzeczyć, że w oczach
chrześcijanina tak odmalowane wierzenie jest słuszne. Rzeczywiście jest coś
większego niż tylko ja-człowiek i rzeczywiście jest jakaś harmonia, rzeczywiście
jest jakiś porządek kosmiczny, który promieniuje na ład moralny. Druga grupa
religii to religie Indii, gdzie do wiary w taki porządek, harmonię dokłada się
jeszcze wiara w jakąś taką mglistą i na razie niedopowiedzianą rzeczywistość
duchową. I znowu można by powiedzieć, że z punktu widzenia teologii chrześcijańskiej
jest to, no właśnie… błędne, jakieś niedopowiedziane…
Janusz
Drożdżyński: A reinkarnacja?
Bp
Andrzej Siemieniewski: Reinkarnacja jest rzeczywiście elementem tych
wierzeń, ale ja na razie zwracam uwagę nie na jakieś dodatki, które mogą być, a
może też ich w niektórych wydaniach hinduizmu nie być, tylko raczej jakby na
główną ideę hinduizmu.
Jerzy
Lukierski: Reinkarnacja jest uniwersalna.
Bp Andrzej
Siemieniewski: Właśnie, reinkarnacja nie jest charakterystyczna dla
hinduizmu, np. pojawiała się w buddyzmie, a nawet, prawdę mówiąc, wśród Żydów.
Są takie wierzenia w może jakichś marginalnych, ale w grupach chrześcijańskich
też. I trzecia grupa religii to są, tak historycznie rzecz biorąc, Żydzi,
wywodzący się od Abrahama, i chrześcijanie, gdzie Jezus Chrystus przynosi
dopowiedzenie i ostateczne objawienie. Ale to właśnie nie jest inna religia, to
jest objawienie w judaizmie. I islam… Chrześcijanie żyjący w czasach
powstawania islamu uznawali go za rodzaj herezji chrześcijańskiej,
judeochrześcijańskiej, a nie za inną religię, dlatego w oczach chrześcijanina
spojrzenie na kulę ziemską z punktu widzenia mnogości religii nie sprawia
wrażenia czegoż chaotycznego, ale sprawia raczej wrażenie takiego wynurzania
się coraz bardziej kompletnego, coraz bardziej zupełnego obrazu. Oczywiście
pojawiają się też elementy sprzeczne, jak reinkarnacja — można by je wymieniać,
ale chodzi o takie główne idee. Jeżeli opisujemy religię w trzech zdaniach, to
raczej sprawia to wrażenie takiego wznoszącego się porządku z chrześcijaństwem,
które posiada najpełniejsze objawienie, ale reszta nie sprawia wrażenia chaosu.
Jest takie tradycyjne pojęcie religii naturalnej, czyli takiej religii, którą
ludzie wytwarzają na podstawie swojego doświadczenia duchowego czy moralnego.
Teraz
mam kłopot z odwoływaniem się do przyszłych odkryć nauki, bo może one takie
będą, a może nie, trudno powiedzieć. Rzeczywiście co do materialnej podstawy
ludzkiej świadomości, tak, to są ważne badania i odkrycia, ale ja tak może na
matematyce za bardzo się nie znam, ale moi znajomi matematycy uświadamiali mnie
o konsekwencjach twierdzenia Kurta Gödla, austriackiego matematyka z początku
XX w., który (proszę mnie poprawić, jak coś pomylę)… są różne wersje tego
twierdzenia, ale jedna z wersji tego twierdzenia brzmiała tak, że komputer
łącznie z oprogramowaniem ma zawsze pewną wadę, lukę, tzn. z wnętrza tego
programu i komputera nigdy nie będziemy się mogli dowiedzieć, czy wszystkie wypowiedzi
sformułowane w tym programie są logiczne. Zawsze pozostaje pewien naddatek,
który jest prawdziwy, ale z wnętrza tego komputera nie można tego określić.
Otóż gdybyśmy tak przez porównanie powiedzieli, że umysł ludzki jest tylko
zbiorem odpowiednio uporządkowanych atomów i niczym więcej, no to byłby takim
komputerem i mamy problem wtedy, mianowicie problem związany z problemem Gödla,
że zawsze istnieje pewna część z wypowiedzi ludzkich, o których nie wiemy, czy
są logiczne, ponieważ nie możemy na to spojrzeć z wnętrza. Zresztą z tym się
wiąże jeszcze jeden problem. Pewnie że można np. mówić, że człowiek w gruncie
rzeczy człowiek jest tylko rodzajem zwierzęcia, ale można pójść jeszcze dalej.
Gdyby rzeczywiście istniała tylko materia, czyli mówiąc tak bardzo zgrubnie, tylko
cząstki materialne latające w próżni, to wtedy trzeba by się zastanowić, czy
istnieje przy takiej wizji świata jakaś różnica między człowiekiem a stertą
piachu, bo piach to w końcu… protony, neutrony i elektrony… i czym się różni od
nich człowiek? To też są protony, neutrony, elektrony… tylko że ułożone w
innej konfiguracji. Tak więc myślenie takie ma poważne wady. To są wady
dotyczące logiki i również dotyczące specyfiki bytu ludzkiego, dlatego
chrześcijaństwo zawsze się będzie dopominać o niewystarczalność wizji
materialistycznej, zawsze będzie się dopominać o to, co nazywamy pierwiastkiem
duchowym w człowieku, bo doprowadzona do radykalnej ostateczności różnica
między człowiekiem a stertą piachu jest tylko różnicą konfiguracji cząstek.
Janusz Drożdżyński:
Czy ksiądz bp rozumuje w ten sposób, że dusza może wchodzić w kontakt z
materią?
Bp
Andrzej Siemieniewski: Tutaj może bym to połączył z tym problemem
stworzenia świata i co robił Pan Bóg przed stworzeniem, bo tu mamy znowu
problem transcendencji. Otóż dusza nie jest dodatkowym elementem w człowieku
dołożonym do tej konfiguracji cząstek elementarnych. To jest rzeczywistość
innego porządku. To jest trochę podobne do pytania o to, co robił Pan Bóg przed
stworzeniem świata. Gdybyśmy zapytali starą dobrą katolicką tradycję —
Augustyna, Tomasza… — to powiedzieliby nam, że przed stworzeniem świata nie
było żadnego „przed”, bo „przed” dotyczy czasu, a czas może istnieć tylko
wtedy, jeśli jest stworzona materia. To jest komplet: czas, przestrzeń i
materia — to jest komplet pojęć. Dlatego Bóg, który jest ponad czasem, przed
stworzeniem świata… to pytanie jest źle sformułowane, bo przed stworzeniem
świata nie było żadnego „przed”…
Janusz
Drożdżyński: Czyli jednorazowy akt?
Bp
Andrzej Siemieniewski: Nie, czas został stworzony wraz z materią i
pamiętamy, że wielu zastanawiających się nad tym teologów nawet twierdziło,
hipotetycznie, że jest możliwe, iż Pan Bóg stworzył świat, który istniał
zawsze. A jeśli już mówimy o takim hipotetyzowaniu o innych światach, to taka
ciekawostka. Orygenes (powoływałem się na niego kilka razy, bo on akurat lubił
takie teoretyzowanie) w swoim dziele O zasadach napisał, że wydaje mu
się, iż przed istnieniem naszego świata było wiele innych światów i mówił: po
istnieniu naszego świata może być znowu wiele innych. To wygląda jak jakaś taka
intuicja, która, niektórzy astrofizycy twierdzą, że może się realizować:
mianowicie wszechświat rozszerzający się, kurczący się itd. Otóż w takiej wizji
w oczach Orygenesa nie byłoby niczego sprzecznego z wiarą. Uznałby to za ciekawą…
ja wiem?… teorię albo hipotezę, albo myśl — nic więcej. Nie widziałby w ogóle
punktów stycznych, które mogłyby być sprzeczne z wiarą. Tak że musimy cały czas
pamiętać, że Bóg w oczach chrześcijanina, ale tak samo Żyda czy muzułmanina,
jest bytem transcendentnym, nie jest zanurzony w rzece czasu. Może tak obrazowo
mówiąc, gdybyśmy sobie rzekę czasu wyobrazili jako płynącą rzeczywiście tu, to
Pan Bóg nie jest w środku, tylko jest kimś stojącym z boku — cały ten strumień
ogarnia spojrzeniem od początku do końca razem z całą historią. Pojawiają się
też tego typu pytania jak to jest, czy Pan Bóg wie, co będzie w przyszłości,
czy też nie, czy człowiek może być wolny, skoro Pan Bóg wie, co będzie jutro?
To są paradoksy, które cały czas próbują wpędzić Pana Boga w ten strumień. Pan
Bóg nie wie, co będzie jutro, stojąc w strumieniu czasu, tylko ogarnia
spojrzeniem z boku całość tej historii i moje wolne wybory również. To jest
koncepcja transcendencji, czyli Boga, który istnieje poza stworzeniem,
a nie zanurzony w strumień stworzenia. Bogowie zanurzeni w strumień stworzenia
to byli bogowie pogańscy. Mogli mieszkać na Olimpie albo w oceanie, byli
częścią stworzenia, kimś w rodzaju Supermana, mieli nadzwyczajne zdolności i
moce, ale w gruncie rzeczy byli wewnątrz. Myślę, że od starożytności
chrześcijanie, już pierwsi myśliciele, bardzo silnie stawiali na to, że Bóg
jest transcendentny w tym sensie, że jest poza czasem i przestrzenią i że czas
stworzył razem z światem.
Co do tych bardzo
tragicznych i smutnych przejawów jakiejś nienawiści czy agresji rasowej, myślę,
że bardzo nam tu pomogła postawa Benedykta XVI w czasie jego pielgrzymki albo
bardzo mądry film Sophie Scholl — Ostatnie dni, film o
organizacji Biała Róża, niemieckiej antyhitlerowski organizacji w Monachium.
Jest tam wiele bardzo symbolicznych scen, m.in. właśnie taka, gdzie
przesłuchiwana Sophie Scholl mówi o Bogu, zrywa się z miejsca gestapowiec,
mówi: „Nie ma Boga!” Właśnie, te tragiczne przeżycia są słuszne, tylko że one
się jakby nie odnoszą do Kościoła… myślę, że tak delikatnie przypominał
Benedykt XVI, że Kościół, również niemiecki, również niemieccy katolicy i
luteranie stali po stronie ofiar… Dachau… to był pierwotnie obóz
założony dla Niemców.
Małgorzata
Różewicz: Ha ha ha! Niech ksiądz takich rzeczy nie opowiada…
Bp
Andrzej Siemieniewski: Pierwsze obozy koncentracyjne…
Małgorzata
Różewicz: Tam komuniści siedzieli w obozach, proszę pana. 12 osób z
mojej rodziny zginęło w Auschwitz!
Bp
Andrzej Siemieniewski: No tak, ale ja tak przypominam historycznie…
Małgorzata
Różewicz: Jak się zachował Pius XII w czasie wojny?
Bp
Andrzej Siemieniewski: Przypominam historycznie o pierwszych obozach w
sensie czasowym, do ‘39. Były na terenie Niemiec, więc ewidentnie dla Niemców
czy Austriaków […] Właśnie, tak.
O
zmianie uczelni. Tak, jak najbardziej słuszna uwaga, że zmiana z politechniki
na seminarium duchowne nie oznacza, że tak powiem, zmiany zainteresowań
naukowych: znudziła mi się fizyka, a zaczęła fascynować teologia. Nie, chociaż oczywiście
nie mam czasu na fizykę, to nigdy mi się nie znudziła. Sam nie mogę się tym
zajmować, ale jak tylko mogę, jakiegoś fizyka albo matematyka zawsze dopytuję,
co nowego w świecie takich badań, więc to absolutnie nie jest kwestia znudzenia
się, tylko jakby odkrycie powołania. Natomiast ta problematyka fascynuje mnie.
Bardzo lubię z fizykami, matematykami albo technikami rozmawiać, bo technicy
też mają bardzo wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia.
Adam
Chmielewski: Magnificencjo, ekscelencjo, ja chciałbym się zgłosić z pewną
interwencją metodologiczną. I chciałbym powrócić do problematyki podniesionej
przez prof. Lukierskiego i dotyczy ona właśnie sprawdzalności albo też różnic
między dyscyplinami, gdy idzie o sprawdzalność. Jako metodolog bym wystąpił z
przypomnieniem słynnego, omawianego szeroko schematu wyjaśnień
Oppenheima-Hempla, który zawiera trzy zasadnicze elementy: prawo uniwersalne,
warunki początkowe i zjawisko wyjaśniane (fakt pojedynczy czy, powiedzmy,
rzecz). Można by powiedzieć, że ten trójelementowy schemat pozwala nam
zrozumieć, na czym polega praca fizyka, który poszukuje praw uniwersalnych i je
testuje, na czym polega praca historyka, który zakładając obowiązywalność praw
uniwersalnych i także warunków początkowych, które uznaje za dane, sprawdza
pojedyncze fakty albo odwrotnie itd. Więc za pomocą tego schematu można by
wyjaśnić i wyklarować te istotne różnice. Są oczywiście takie dyscypliny,
których ekscelencja nie wzmiankował, mające charakter bardziej sztuk niż nauk,
które można właśnie nazwać dyscyplinami hermeneutycznymi, które nazywamy często
językiem potocznym „naukami”, powodując bardzo duże nieporozumienie, bo one w
niczym nie mają się do matematyki czy informatyki, czy fizyki. Jednakże przez
uprzejmość się je tak nazywa, bo one są bardzo potrzebne — i dyscyplinom
ścisłym, jak i religijnym, dla życia społecznego. Gdzieś je trzeba ulokować,
więc się lokują na uczelniach i z tej racji mają też miano nauki. Profesorowie
od muzyki i od sztuk pięknych otrzymują tytuły od tego samego prezydenta.
Druga interwencja.
W sprawie Darwina i jego rasizmu. To przykra rzecz, ale myślę, że każdy ma
takiego Żyda, na jakiego sobie zasłużył. Zasiadałem kiedyś, miałem ten
zaszczyt, za high table w Oksfordzie i kiedy już wypiliśmy wszyscy kilka
kieliszków cherry, nagle usłyszałem pewnego najprawdziwszego z prawdziwych
Anglików. Zaczął mówić o Irlandczykach, o Celtach. Przyznam szczerze, byłem
zaszokowany, tak samo jak patrzę na stronę Blood & Honor. Co
ja tam usłyszałem? Że to jest w ogóle stado baranów i jedyne, co potrafią
produkować, to inni Irlandczycy oraz kartofle i tylko te towary mają do
wyeksportowania. I to powiedział Anglik pod koniec XX w. Stosunek ten,
wyniosły, mający podłoże w imperializmie brytyjskim, poczuciu ich wyższości
wobec Irlandczyków i wszystkich innych „ras”, jak oni się wyrażają… Wystarczy
przeczytać współczesnego historyka Paula Johnsona, on też się często wypowiada
o rasach… niestety przejawem brzydkiego rasizmu i z tej perspektywy, myślę,
będzie łatwiej zrozumieć te protekcjonalistyczne i rasistowskie wypowiedzi
Darwina.
I ostatnia sprawa,
którą chciałem poruszyć, to kwestia różnicy między nauką a teologią. Pozwolę
sobie przypomnieć taki cytat, który utkwił mi mocno w pamięci, a brzmi mniej
więcej tak: „Gra, zwana nauką, w zasadzie nigdy się nie kończy. Uczony, który
pewnego dnia obwieści, że poznał już wszystkie prawdy ostatecznie i
niepodważalnie, wyłącza się z tej gry”. I tutaj dochodzimy do różnicy między
nauką a teologią, bo jeżeli weźmiemy teologa, który w pewnym momencie powie, że
on poddaje systematycznemu wątpieniu wszystkie dogmaty, nie przesądzając, czy
do nich powróci, czy też nie, to w tym momencie wyklucza się jako teolog. Można
to też inaczej wyrazić: nauka czy praca uczonego, odnosząc się do tego
trójelementowego schematu przypomnianego na początku, nakazuje uczonemu wątpić
w każdy z nich. Pracy teologa, moim zdaniem, nie można do tego […]
Karol
Fjałkowski: Ja może użyję podobnych sformułowań, że przeżyłem parę
zaskoczeń słuchając ks. bpa. Po pierwsze zaskoczyło mnie stosowanie przez ks.
takiej praktyki, która wydaje mi się… nie bardzo uczciwej. Tzn. argumentowania
z obecności pewnych idei w nauce Kościoła cytatami z doktorów Kościoła,
podczas kiedy tak naprawdę dyskusja bardzo często toczy się na poziomie praktyki.
Tzn. naukowiec mówi coś, co się dostaje do dyskursu publicznego. Trudno
nie zauważyć, że później, po tym, jak pisali Orygenes czy Tomasz,
Kościół katolicki zajmował się osądzaniem, czy ktoś się zgadza z Arystotelesem,
czy też nie, i za to wymierzano bardzo surowe kary. Ks. bp mówił o granicy
przyjaźni między nauką a wiarą właściwie. Ja czytając Pamięć i tożsamość,
mnie się wydaje, że ze strony wiary, Kościoła katolickiego, ta granica
przypomina linię Maginota, dlatego że tak wrogich wypowiedzi wobec nauki, wobec
nauk empirycznych, wobec etyki utylitarystycznej, w ogóle wobec wszystkiego, co
się po oświeceniu wydarzyło na świecie, tak wrogich wypowiedzi jak w Pamięci
i tożsamości ze świecą szukać. I również być może ten sposób myślenia
wynikł u ks. bpa w tym, że ks. mówi o różnych naukach, humanistycznych i
przyrodniczych, wrzucając to do jednego worka […].
Moje wątpliwości
się biorą z następującego źródła. Papież Jan Paweł II w encyklice Fides et
Ratio zarysował bardzo ambitny problem związku między wiarą a rozumem.
Jeśli ja dobrze rozumiem, to jest właściwie odnowienie programu św. Tomasza.
Papież w tym dokumencie powiada, że zdrowymi relacjami między wiarą a rozumem…
proszę mnie poprawić, jeśli coś pokręcę, papież nawołuje do pozostawienia
pełnej autonomii zarówno w sferze wiary, jak i w sferze rozumu. Tam szczególnie
zapamiętałem jedno zdanie, że odwaga wiary oznacza odwagę rozumu i że
chrześcijanin nie ma się czego obawiać, zostawiając sferze rozumu pełną
autonomię. Problem polega na tym, że kilka stronic dalej papież sam nie stosuje
się do tego programu. Papież mówiąc mocy wyjaśniającej rozumu sam nie korzysta
z nauk przyrodniczych o tym rozumie, o człowieku, ale wprowadza pewien model
człowieka zapożyczony jednak z wiary, a nie z nauk przyrodniczych. I pytanie
moje byłoby… ks. bp się sprzeciwiał kilkakrotnie ujmowaniu człowieka z
perspektywy nauk przyrodniczych. Mnie się wydaje, że z perspektywy nauk
przyrodniczych dzisiejszych to praktycznie nie ma możliwości, że człowiek nie
jest niczym innym, jak jednym z gatunków zwierząt. Nie ma wątpliwości, że
niektóre zachowania człowieka, np. zachowania religijne, sfera ideacyjna
człowieka są wytworem procesu ewolucji, któremu podlegają, zarówno cechy
morfologiczne, zarówno cechy fizjologiczne, jak i cechy psychologiczne, nawet
tak daleko posunięte, jak wiekuiste pewne rozważania. Tego typu rozważania mają
tego typu przewagę nad rozważaniami religijno-filozoficznymi dotyczącymi tych
samych spraw, że one poświęcają bardzo dużo uwagi pewnej spójności metodologicznej
i uczciwości, której wydaje mi się, że w naukach humanistycznych, społecznych,
z którymi Kościół się utożsamia, tej dbałości po prostu brak.
Podręczniki katolickiej nauki społecznej Kościoła, kiedy mówią, czym jest ta
nauka, to jest to pewna mieszanina ujęć przyrodniczych, tomistycznych… Podobno
to korzysta z XX-wiecznych nauk społecznych, ale jednak to musi być zgodne z
nauką Kościoła itd. Krótko mówiąc, metodologiczny koszmar, jakby autor nie mógł
się zdecydować, czy tak naprawdę reprezentuje wiarę, czy reprezentuje rozum. I
tego typu problemy wynikły także z księdza argumentacji, kiedy ksiądz
odpowiadając prof. Drożdżyńskiemu powoływał się na takie rozróżnienia (ale nie
tylko), że w człowieku jest pierwiastek materialny i duchowy. To są pojęcia zapożyczone
z zupełnie innego świata niż nauki przyrodnicze i wydaje mi się, że mieszanie
tej starej tomistycznej filozofii do nauk przyrodniczych Kościołowi,
chrześcijaństwu, wierze, może tylko i wyłącznie zaszkodzić. Np. bardzo
korzystne dla Kościoła rzeczywiście mogłoby być pochylenie się nad
przyrodniczymi aspektami badania religijności człowieka, bo np. z tego punktu
widzenia bardzo łatwo widać, jak wiele wspólnych cech mają różne inne religie
poza chrześcijaństwem, jak bardzo one są do siebie podobne […] Pytanie
moje jest takie, czy nie lepiej byłoby dla chrześcijaństwa nie trzymać się
kurczowo schematów standardów naukowych rodem z akademii platońskiej, tylko
żeby w wypowiedziach na temat poznawalnego empirycznie świata postawić na nauki
przyrodnicze, bo przecież nie mamy się czego bać. Dziękuję.
Stanisław Kaźmierczyk:
Ja jestem teoretykiem prawa i nie będę mówił długo [oklaski]. Nie,
ja na ogół nie mówię długo. Ja chciałbym zacząć od rozumienia dogmatu, bo
wydaje mi się, że dopóki tej kwestii nie rozstrzygniemy, trudno nam będzie
osiągnąć jakieś porozumienie w tej dyskusji. Otóż jest tak na pewno, że
charakterystyczne dla każdego dogmatu jest to, co by można było określić
stosunkiem pomiędzy człowiekiem a dogmatem albo inaczej pomiędzy wyznawcą a
dogmatem. I to jest charakterystyczne dla wszystkich dogmatów. Innymi słowy
dogmat można badać tylko i wyłącznie za pośrednictwem tego stosunku, a nie za
pośrednictwem jego treści. Do czego to prowadzi? Mianowicie do tego, że ten
dogmat przez ten stosunek staje się po prostu kategorią autonomiczną
albo inaczej: wartością autonomiczną, a jeszcze dalej idąc ze względu na ten
stosunek każdy człowiek bez względu na wyznanie może żywić określone dogmaty.
[…] Natomiast wtedy, kiedy przeniesiemy akcent rozważań na dogmat jako
kategorię heteronomiczną, wtedy nie uzyskamy żadnego porozumienia. Wtedy
rzeczywiście rozważania nie mogą doprowadzić do jakiejś wspólnej płaszczyzny,
bo też dla dogmatu nie jest charakterystyczna jego treść, tylko wyłącznie
stosunek między człowiekiem a dogmatem. Jest to kategoria na wskroś autonomiczna,
tymczasem w tej dyskusji przeważa wzgląd heteronomiczny i wskutek tego
oczywiście my się z wieloma rzeczami nie możemy zgodzić, ale tylko dlatego, że
popełniamy błąd kategorialnego przesunięcia.
Bp Andrzej
Siemieniewski: Bardzo serdecznie dziękuję za przypomnienie nam, że jest
coś takiego jak nauki prawnicze, bo w tych wyliczankach wspomniałem o
muzykologii, historii i o studiach nad poezją XIX-wieczną, ale nauki prawnicze
też są i mają zupełnie inny rodzaj sprawdzalności, zupełnie inny rodzaj studium
materiału badawczego. Właśnie, tak że pojęcie nauki stosuje się w analogicznym
sensie do różnych dziedzin i jednak może wolałbym to może określenie niż że z
uprzejmości użyczamy… że prawdziwa nauka to jest fizyka, a tak z uprzejmości to
jeszcze udzielmy historykom i prawnikom też. Może powiedzmy lepiej, że w różnym
sensie to słowo się odnosi do różnych dziedzin życia i generalnie jakaś
akademia obejmuje też studium prawa niewątpliwie, gdzie też zdobywa się różne
stopnie naukowe i pisze się naukowe prace… A co zrobimy z technologią? Są też
nauki technologiczne. […]
Teraz przechodząc
do propozycji, które tu zostały wysunięte. Tak to zrozumiałem, ale chyba się
mylę, że propozycja polegała na tym, żeby Kościół katolicki ogłosił, że jego
wyznaniem jest materializm, tak? Że powinniśmy wobec człowieka używać wyłącznie
porządku przyrodniczego, odwoływać się tylko do nauk przyrodniczych i żeby
Kościół przestał mówić o duszy i o duchu. Tak? To ta propozycja wydaje mi się
niepraktyczna. Wydaje mi się, że to jest propozycja, żeby Kościół przyjął
wierzenia materialistyczne, a to nie jest zgodne z celem istnienia Kościoła.
Tak, Kościół nie głosi materializmu, tylko głosi inną wizję rzeczywistości.
Chrześcijaństwo
zarówno jest nową religią, jak i zaistniało w obrębie judaizmu, tutaj akurat
sprzeczności nie ma. Co do wrogich wypowiedzi wobec nauk empirycznych w Pamięci
i tożsamości, to ja czytałem Pamięć i tożsamość i takich
wypowiedzi nie zauważyłem, więc musiałbym poprosić o cytaty. Ja wiem, że tutaj
zwykle nie prosimy o cytaty, bo nie mamy ze sobą książek, ale ośmielę się
powiedzieć, że nie ma tam ani jednej wypowiedzi wrogiej wobec nauk
empirycznych. Tak że tutaj jesteśmy w sporze. Debata zakłada też
nieprzezwyciężalne spory i ogłaszam, że jest to nieprzezwyciężalny spór. Może
to rozstrzygnąć tylko rzucenie na stół cytatów.
Model człowieka
Kościoła nie może być zaczerpnięty tylko z nauk przyrodniczych. Wtedy Kościół
zamieniłby się w katedrę biologii, fizyki… marksizmu-leninizmu, tak. Kościół ma
wizję chrześcijańską człowieka i wizja chrześcijańska polega na tym, że
człowiek ma aspekt materialny i w tym sensie… nie wiem, czy będzie to
metodologicznie pożyteczne, można mówić o jakiejś zwierzęcej naturze, chociaż
Kościół był bardzo ostrożny, ponieważ takie mówienie o człowieku miewało w
historii bardzo negatywne konsekwencje, tak że się będzie mówiło o cielesnej
czy materialnej stronie, bo i w historii, i we współczesności istnieją bardzo
przykre konsekwencje takiego języka. W USA działa taki etyk, Peter Singer,
który wyciąga konsekwencje z tego języka, z tej propozycji i konsekwencje te
są… myślę, że są znane, dotyczące szacunku dla życia człowieka…
Andrzej
Elżanowski: […] Akurat znam tego filozofa i jeśli się rzuca takie zarzuty,
to prosiłbym chociaż o jeden cytat.
Bp Andrzej
Siemieniewski: Pamiętam kilka takich cytatów. Np. Peter Singer proponuje,
żeby rodzicie mieli prawo decydowania o życiu dziecka zarówno w okresie jego
życia płodowego, co się powszechnie nazywa przerywaniem ciąży, jak i po
jego urodzeniu. Proponował różne daty: 6 tygodni, rok…
Andrzej
Elżanowski: Jeżeli ma ciężkie wady wrodzone, jeśli jest problem jakości
życia tego dziecka. Proszę to dodać, to jest bardzo istotne.
Bp Andrzej
Siemieniewski: Myślę, że Peter Singer nie ograniczał tego prawa do takich
tylko problemów i powstaje poważny zarzut wobec takiej tezy, mianowicie że
prawo do decydowania o tym, kto może, a kto nie może żyć, zostaje zupełnie
arbitralnie złożone w ręce ludzi. Otóż takie prawo miało bardzo przykre
konsekwencje w historii, że istnieją jakieś instancje (medyczne, państwowe),
które decydują o tym, którzy ludzie mają żyć, a którzy nie. Np. w filmie o
Sophie Scholl bardzo ładnie to wyszło na jaw. Wszyscy wiemy, jaka jest historia
hitleryzmu i jego postaw wobec życia najpierw nieuleczalnie chorych, a później
także innych grup ludzi, których uznano za niepożądanych. Kto w końcu decyduje,
kto jest niepożądany? Okazuje się, że zawsze jest jakieś „my”, które o tym
decyduje, i ci niepożądani to są właśnie ci, którzy nie należą do tego
„my”, czyli jacyś „inni”.
Co
do metodycznego wątpienia, to bardzo spodobało mi się to przypomnienie. Była
taka tradycja w teologii katolickiej, żeby zaczynać od metodycznego wątpienia
— to się nazywało „apologetyka”. Apologetyka obecnie wyszła z mody, ale
tradycyjnie bywały całe kursy i podręczniki apologetyki. Właśnie pytanie było
takie: załóżmy, że nic nie wiemy o prawdzie, Bogu, teologii i teraz patrzmy,
czy się czegoś dowiedzieć możemy. Jak tę apologetykę realizowano,
pewnie trzeba by debatować i sprawdzać, ale taka idea była — właśnie
metodycznego wątpienia u samego podnóża teologii.
Bożena
Klimczak: Jestem ekonomistką i chciałam parę rzeczy omówić z punktu
widzenia szczególnej dyscypliny naukowej, która pod pewnymi względami mieści
się w pojęciu science, a pod pewnymi nie. Mieści się w tym
znaczeniu, że przyjmuje się pewne założenia aksjomatyczne […] tego, co się
zakłada w naturze człowieka gospodarującego, a następnie jest taki model
typowy, jak we wszystkich innych naukach ścisłych, aksjomatyczno-hipotetycznego
dedukcyjnego wnioskowania. […] Jednym z podstawowych założeń o naturze
człowieka jest założenie, które się określa w ekonomii jako indywidualizm. To
jest indywidualizm metodologiczny, to jest założenie, które jest nam potrzebne
do tego, żeby następnie dedukcyjnie wyprowadzić pewne implikacje, które są
bardzo ogólnymi hipotezami, które następnie testujemy. Ekonomiści są świadomi
tego, że człowiek jest znacznie bardziej skomplikowany, niż to się przyjmuje do
tych modeli, są świadomi, że ten indywidualizm, którego się używa do budowania
implikacji tych teorii, a następnie sprawdzania ich, to jest tylko część prawdy
o człowieku. Zatem ja uprawiając ekonomię zakładam indywidualizm nie twierdząc
przy tym, że we wszystkich innych możliwych dziedzinach aktywności człowieka
człowiek jest egoistycznym indywiduum zapatrzonym w swoje własne indywidualne
interesy i kalkulującym za każdym razem wszystko z punktu widzenia rachunku
korzyści i kosztów.
Dodam
jeszcze, że ekonomia o tym wie, że to jest tylko założenie metodologiczne i
ekonomia przeżyła pewien bolesny epizod, związany z modą na socjobiologię i
zastosowaniem socjobiologii do rozważań na tematy ekonomiczne. I wtedy przeszła
od założeń o indywidualizmie w sensie metodologicznym do założeń w sensie tego,
że człowiek walczy, konkuruje, selekcja jest, podobnie jak odbywa się to w
przyrodzie, wygrywa silniejszy itd. Epizod ten był rozważany przez ekonomistów,
określono to jako imperializm ekonomiczny, tzn. zawłaszczanie sobie prawa do
wyjaśniania za pomocą teorii indywidualizmu metodologicznego bardzo różnych
aspektów życia ludzkiego, już nie tylko gospodarczych. I ekonomia odeszła od
tego. Ja uprawiam ekonomię zakładając ów indywidualizm, ale nie przenoszę tego
na całą refleksję o różnych aspektach życia ludzkiego. W związku z tym ja się
nie raz już dziwię, bo w końcu tutaj latami całymi słucham wypowiedzi
przedstawicieli nauk ścisłych, którzy właśnie muszą założyć w swoich programach
badawczych materializm metodologiczny. Muszą, bo materię wyjaśniają przyczynami
materialnymi, zjawiska przyrodnicze wyjaśniają za pomocą innych zjawisk
przyrodniczych. I to jest materializm, ale metodologiczny, ale nie bardzo
rozumiem, nie mogę się jakoś przekonać, ponieważ wiem, jak to jest w mojej
dziedzinie: ekonomiści przezwyciężyli przejście z indywidualizmu
metodologicznego na indywidualizm ontologiczny i generalizowanie, że wszystko
można za pomocą takiego podejścia wyjaśnić. Natomiast nurtuje mnie to, że w
naukach przyrodniczych trzeba założyć materializm metodologiczny, ale natomiast
wcale z tego nie wynika konieczność uogólniania tego, co jest metodologiczne,
na rozmaite inne aspekty wyjaśniania, rozumienia czy może i nawet powstrzymania
się przed próbami rozumienia tego, co nie nadaje się do takiego wyjaśniania. W
związku z tym wydaje mi się, że te nie nakładające się magisteria, o których
mówił Gould, (on mówił w odniesieniu do dystynkcji między nauką a religią),
warto byłoby zastosować także w odróżnieniu tego, czy zakładamy takie
magisterium metodologiczne, czy jest to magisterium takie, że wszystko chcemy
sobie wyjaśnić za pomocą jednego prostego założenia. Proponowałabym takie
rozszerzającą koncepcję tej NOMY.
Po drugie,
chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na taki epizod socjo-biologiczny w ekonomii.
Ja się musiałam tym, ze względu na to, że jestem ekonomistką, głębiej
zainteresować. Ci sami ekonomiści, którzy to wprowadzili do ekonomii, to w
pewnym momencie to odtrąbili po prostu, orientując się, że zaszli za
daleko przechodząc z tych metodologicznych obszarów na obszary ontologiczne czy
metafizyczne. To mi przypomina, że są również i przyrodnicy, ów Gould właśnie,
który w książce (zdaje się) Skały mówią przedstawia swoje doświadczenie
z rozmów z oficerami chyba SS, już jeńcami amerykańskimi, gdzie pisze, że włosy
mu się zjeżyły na głowie, ponieważ to, co oni wtedy mówili na temat ras,
holocaustu, to było to, czego on uczył wówczas wtedy jeszcze jako teorii
Darwina (to są lata 40 jeszcze). To warto przeczytać, co przyrodnik doświadczony
mówi: wyraźnie przedstawia dystynkcję między tym materializmem metodologicznym
a innymi obszarami ludzkiego doświadczenia i refleksji.
Andrzej
Cieński: Ja mam jedno pytanie. Zadaję je z ciężkim sercem, bo chodzi mi o
lustrację, jak ksiądz…
Głosy
z sali: Nie ruszajmy tego… zostawmy…
Andrzej
Cieński: Więc skoro wszyscy mówią, żebyśmy nie ruszali, to ja nie ruszam.
[oklaski]
Małgorzata
Różewicz: Kulturoznawca, czyli antropolog kulturowy, i teatrolog… właśnie,
dlatego tak protestowałam. Nie jestem aktorką i na szczęście nie będę, bo
jestem zbyt niskiego wzrostu, nie miałabym szans, reżyserem też nie jestem,
niemniej jednak uprawiam refleksję nad teatrem, o teatrze. Właściwie jestem
teoretykiem teatru, jednym z nielicznych w Polsce… chociaż też miernym, no…
Rzeczywiście, nawet mogę nie lubić teatru. Gombrowicz był świetnym
dramatopisarzem, ale teatru nie znosił za to, że to jest stara, niepotrzebna
forma. Kochał kino. Napisał trzy sztuki teatralne (czwarty niedoskonały,
niedokończony dramat teatralny), ale trzy genialne… Czuł teatr po prostu. To
świetna literatura. Muzykolog też nie musi mieć talentu muzycznego… ale musi
być muzykalny. To samo można powiedzieć o literaturoznawcach interpretujących
teksty — nie muszą pisać. I na szczęście — ci, którzy nie piszą, są lepszymi
krytykami literackimi niż grafomani piszący. Dobrzy pisarze, najczęściej nie
zajmują się, z wyjątkiem Barańczaka, krytyką literacką.
Ale
nie o tym chciałam mówić. Myślę, że tutaj pewne nieporozumienie wystąpiło. Otóż
my ciągle mylimy wiarę z teologią, a to nie o to chodzi. Teologia jest
refleksją nad tekstami, właściwie tekstuologią i w tym podobna jest do
literaturoznawstwa. Zajmuje się także historią Kościoła, czyli całego procesu
wiary. Poza tym może jest też troszkę archeologią (być może — nie ma Jasia
Burdukiewicza: może by potwierdził, może zaprzeczył), natomiast wypadałoby
przypomnieć, szkoda że nie ma już prof. Chmielewskiego, bo mówiąc o explanans
i explanandum, czyli wyjaśnianym i wyjaśnianiu, zapomniał o
takim bardzo ważnym sporze, który miał miejsce na przełomie XIX i XX w., sporze
między naturalizmem i antynaturalizmem. I chciałam tu przywołać wrocławianina
Schleiermachera i Diltheya, którzy właśnie wtedy ustalili status nauk
humanistycznych i powiedzieli, że nauki w sensie pozytywistycznym poznają
rzeczywistość, natomiast nauki humanistyczne interpretują (to jest verstehen,
rozumieją) rzeczywistość. Tu weryfikacja ma zupełnie inny charakter, a
nawet nie muszą być weryfikowalne. Falsyfikacji nie ma w naukach
humanistycznych, prawda, panie profesorze? [do prof. Cieńskiego]
Andrzej
Cieński: Prawda…
Małgorzata
Różewicz: Natomiast zmieniają się metodologie, teorie badań literackich,
badań nad tekstem. I oczywiście jest przecież także pani teolog zajmująca się
feministyczną krytyką kultury. Działa w Poznaniu, świetnie pisze i jest to jak
najbardziej postmodernistyczna postawa, wroga zresztą i obca zresztą
Kościołowi katolickiemu. Natomiast to, o czym mówi mój młody kolega, którego
bardzo cenię, to że neotomizm niestety zbyt długo zasiedział się, zwłaszcza w
polskim Kościele, to jest oczywiste. Ja jestem ingardenistką, papież był też
ingardenistą… był, powiedzmy, przede wszystkim synkretykiem metodologicznym,
może nawet bardziej był neotomistą, ale wyszedł ze szkoły Romana Ingardena. Ingardenistą
był także ukochany przez nas wszystkich ks. Tischner. I Tischner powiedział, że
interesuje go tak naprawdę rozumna wiara. Nas wszystkich interesuje to w
Kościele katolickim. Im więcej będzie refleksji, im więcej będzie jednak
wątpienia, tym będzie lepiej. I można się bić w piersi, bo rzeczywiście ja tu
głośno zaprotestowałam, kiedy ks. bp mówił o tych obozach koncentracyjnych, bo
to właśnie ci niedowiarkowie, zwariowani komuniści siedzieli w obozach, a nie
burżuje, nie pobożni katolicy czy protestanci…
Krzysztof
Pyclik: Kolbe był komunistą?
Małgorzata
Różewicz: No, polscy księża też siedzieli w obozach, natomiast Gott mit
Uns jednak mieli na tych pasach i to był ten nasz Bóg niestety, ta
nasza transcendencja. I Pius XII paskudnie się zachował. Przypomnijmy, co się
działo w latach 30., pakty Laterańskie.
Krzysztof
Pyclik: To z Włochami był układ, a nie z Niemcami…
Małgorzata
Różewicz: No dobrze, ale Duce.
Krzysztof
Pyclik: Nie, z królem Włoch.
Małgorzata
Różewicz: No dobrze, a potem jak się zachował Pius XII?
Ja
byłam wierną czytelniczką „Życia duchowego” wtedy, kiedy redaktorem był nie
będący już dzisiaj księdzem Stanisław Obirek. Było to piękne, mądre pismo
adresowane do agnostyków, do poszukujących. Bardzo zmienił się charakter tego
pisma i ubolewam. Co ks. bp sądzi o tym piśmie jako teolog duchowości?
I
jeszcze jedno. Sztuka jest manifestacją duchowości człowieka, jest apelem do
duchowości drugiego człowieka. Jaka jest różnica między duchem a duszą? Takie
pytanie ontologiczne zadam.
Mira
Żelechower-Aleksiun: Myśmy kiedyś mieli z ks. bpem okazję, wyobrażacie
sobie państwo moją sytuację… stanąć przed młodzieżą i mówić na jakiś temat. To
siłą rzeczy się stała polemiką, ja byłam przegrana od razu na wstępie, ale
dzisiaj się nikt tu nie ściga, ja też się nie ścigam, natomiast to, o czym pani
już wcześniej powiedziała, mnie poruszyło i wezwało, żeby się jednak odezwać.
Właśnie stosunek w czasie wojny Piusa i Kościoła w ogóle. Może ja bym ks. bpowi
polecała, może też wszystkim, taką książkę prostego jezuity ks. Musiała Duchowny
niepokorny. Pokazała się ta książka już po jego śmierci. Dla
mnie jest to bardzo optymistyczna książka, która pokazuje, że jest możliwe
przejście takie duchowe… jeśli jest możliwe tego jednego człowieka, to w ogóle
liczę na to, że Kościół (bo ja cały czas liczę na Kościół)… że jest możliwa
taka duchowa przemiana, jaka była udziałem tego duchownego, który nie był
dopuszczany za bardzo do głosu.
Ja muszę się też
odezwać, ponieważ dzisiaj jest święto nasze, Szawuot, i to jest święto nadania
Tory. Ja tu zawsze mówię coś, co się odnosi do tego, co akurat jest czytane, bo
tak zawsze wychodzi, że dziwnie pasuje. Tora została nadana po 49 dniach, na 50
dzień dojrzewania duchowego Izraela. Mówimy, że Tora ma 72 twarze. Tzn. że
ją można różnie odczytywać, na różnych poziomach i będąc w różnych miejscach i
ona zawsze pasuje: i kiedy jest się dzieckiem, i kiedy jest się dojrzałym
człowiekiem, zawsze w niej można znaleźć coś bardzo żywego. Ta Tora, to jest
ten pięcioksiąg, który został przetłumaczony, Septuaginta, dosłownie.
I myśmy, tzn. tradycja żydowska jej nie zaakceptowała, jak ksiądz bp wie.
Natomiast my korzystamy z Targum Onkelos i ja tutaj już to 500 razy
mówiłam i mogę powtórzyć jeszcze raz i na pewno się znajdzie ktoś, kto tego nie
wie, że ta Tora, która została nadana na Synaju, to jest podwójna Tora, bo
Żydzi powiedzieli (wszystkim Bóg chciał dać, ale nikt nie chciał): „A za ile?”,
— „Za darmo”, — „No to dwie”. I za to mamy dwie. To jest Tora ustna i Tora
pisana. I Tora pisana, którą państwo nazywacie Starym Testamentem, jest taką
notatką, jak tutaj ktoś robi w trakcie wypowiedzi, pisze, i dlatego my się
możemy sprzeczać i jak my mówimy, czy Bóg stworzył na początku, to my po prostu
mamy do czynienia ze złym przekładem, proszę państwa. Bereszit bara Elohim —
na początku stwarzania Bóg utworzył. I dzień jeden, a nie dzień pierwszy, bo
nie było… to można z tego wywodzić znacznie więcej. Myślę, że przy tym,
że ten język ma tam schowane różne znaczenia, można wywodzić bardziej
satysfakcjonujące rozważania, które będą miały w sobie coraz więcej ducha. A ja
to tylko mówię korzystając z tego, że ja jedna tutaj reprezentuję tę tradycję,
a ks. bp powiedział, że najpełniejsze jest właśnie w chrześcijaństwie, więc ja
muszę powiedzieć, że nie będziemy się ścigać może, gdzie jest najpełniej i
bardzo żałuję, bo jest za późno i to się na pewno nie uda, a naprawdę to bym
wolała usłyszeć zamiast o porównaniu aksjomat/dogmat (i ja bardzo żałuję, że
ksiądz się dał wpuścić w taki rodzaj swojego mówienia), więc ja bym wolała
usłyszeć o powołaniu. Czy to się da jeszcze?
Głos
z sali: Ja chciałbym państwu zaproponować przeprawę przez wodę. Tutaj po
drugiej stronie wody żył pewien człowiek. To był protestant, nazywał się
Dietrich Bonhoeffer i ten człowiek mógł się uratować. To jest coś dziwnego, ja
bym uwierzył, że jesteśmy nieudanym tworem Pana Boga, ale są takie właśnie
kwiaty, jak on. Człowiek, który mógł się uratować, wyjechać do Anglii, a mimo
to został za to uwięziony. W więzieniu w Berlinie pisał piękne mistyczne
wiersze i piękne pisma mistyczne. I tuż przed końcem wojny zamordowano go.
Czyli są ludzie, którzy potrafią się wynieść ponad swój naród, wyjść ze stada i
być po prostu człowiekiem mimo tego, co się dzieje. Pani Aleksiun mówiła o
pięknym narodzie żydowskim i to jest drugi człowiek, który tutaj we Wrocławiu
żył. Córka narodu żydowskiego, błogosławiona, święta, patronka Europy —
nazywała się Edyta Stein. I ta kobieta, prosta zakonnica…
Sala: Oooo nie, nie, nie.
Głos
z sali: Bo tak siebie traktowała. Oczywiście, macie państwo rację — i
Husserl, i wiele innych rzeczy… Ja starałem się mówić jej ustami, bo ona tak
siebie traktowała, potrafiła zmywać, obierać ziemniaki mimo swojej wielkości,
być… I ta kobieta… mówimy o Piusie XII, a zapominamy o pewnej drobnej rzeczy,
że tenże Pius XII i Kościół katolicki, i śmierć tej pani, Edyty Stein, jest
związana z tym, że właśnie Kościół przeciwstawił się temu, co się działo w
Niemczech. I konwertyci byli…
Małgorzata Różewicz: Dlatego że była Żydówką.
Głos
z sali: Właśnie dlatego, że była Żydówką. Więc dlatego mordowano tych ludzi
— za to, że Kościół się śmiał przeciwstawić mordowaniu Żydów, a przypomnę…
Małgorzata Różewicz: Co on mówi?
Głos
z sali: Tak, „on” to mówi, bo tak było i Kościół się temu przeciwstawił.
Małgorzata Różewicz: Panie, co pan opowiadasz?
Głos
z sali: Jeśli pani pozwoli, ja pani nie przerywałem i staram się nie
przerywać nikomu. Tak że tutaj to morderstwo popełnione na Edycie Stein było
również spowodowane tą chęcią [zemsty] na tych ludziach, którzy śmieli przejść
na chrześcijaństwo. Dziękuję.
Bp
Andrzej Siemieniewski: Bardzo dziękuję, za, że tak powiem, ekonomiczne
przypomnienie o aspektowości metodologicznej, mianowicie że każda nauka patrzy
na przedmiot swoich badań (tu akurat mówimy o człowieku) w jakimś aspekcie.
Rzeczywiście dla ekonomisty człowiek jest, mówiąc w skrócie, indywidualnym i
egoistycznym konsumentem. To nie znaczy, że każdy ekonomista tak widzi każdego
bliźniego, tylko tak go traktuje, żeby napisać artykuł naukowy. Powiedzmy,
profesorowie taktyki wojskowej, chyba są tacy, tak myślę, traktują z kolei
człowieka jako element siły żywej w przeciwieństwie do czołgu i armaty, która
siłą żywą nie jest. To nie znaczy, że ten profesor taktyki nie ma żony, dzieci,
przyjaciół, których traktuje inaczej, on metodologicznie tak traktuje przedmiot
swoich badań. […] Z kolei fizyk siłą rzeczy traktuje człowieka jako
konfigurację cząstek elementarnych. To jest jakiś aspekt jego badań. Biolog
może na potrzeby artykułu powiedzieć, że będzie badał teraz pojazd dla
wędrowania genów w historii czy prawnik (czemu nie?) będzie badał człowieka
jako podmiot kodeksów stosownych. I dlatego jest potrzebne coś, co się w
średniowieczu nazywało universitas, czyli suma tych spojrzeń,
ponieważ inaczej mamy spojrzenia cząstkowe i bardzo zniekształcone. Człowiek,
którego zawodem jest traktowanie człowieka jako konsumenta albo jako siły żywej
czy podmiotu kodeksów, jest pewne ryzyko, że zacznie ekstrapolować to
podejście na wizję całej rzeczywistości. Dlatego takie spotkania, jak tu, są
niesłychanie cenne, bo to jest właśnie element tej universitas, że
słyszymy takie i takie spojrzenie, tylko żebyśmy je umieli komponować w całość,
dlatego myślę, że to było bardzo cenne przypomnienie nam wszystkim o
metodologicznej aspektowości i cząstkowości spojrzenia. To jest konieczne, bo
nikt nie jest omnibusem i nikt nie jest w stanie traktować człowieka ze
wszystkich stron na raz, nawet chyba teatrolog ma jakąś swoją wizję. Ludzie się
dzielą (tak mi się wydaje) na aktorów, widzów i autorów.
Właśnie
też bardzo cenne przypomnienie, że teologia jest czym innym niż wiara. Wiara to
jest coś człowieka, człowiek ma wiarę, natomiast teologia to jest refleksja o
wierze, przy czym ponieważ wiara w sobie nie jest dostępna żadnym badaniom,
musi się jakoś uzewnętrznić, zobiektywizować. Może się uzewnętrznić w postaci
tekstu, bardzo różnego, tym tekstem może być ogłoszenie dogmatu, konstytucja
soborowa, wiersz religijny, zaangażowana książka Dietricha Bonhoeffera, ale
jakoś to się musi uzewnętrznić. Może się uzewnętrznić w tekście, może w
architekturze, we wspomnianym kościele z III wieku. O, teologia tym się
zajmuje. Dlatego tak sobie myślę, że z punktu widzenia człowieka niewierzącego,
który się zapyta, czym się zajmuje ta teologia, to można by powiedzieć, że
zajmuje się formami uzewnętrzniania się wiary i te formy muszą być obiektywnie
dostępne. Teksty albo inne jakieś materialne przejawy. Dlatego teologia musi
być jakaś: może być teologia katolicka, judaistyczna, może być pewnie
luterańska. No bo ta wiara musi być czyjaś, musi być jakiejś grupy ludzi, żeby
była dostępna badaniom.
Co do tego,
właśnie, kto siedział w obozach, to myślę, że siedzieli bardzo różni ludzie.
Siedziało sporo komunistów, ale właśnie… Czy tak możemy powiedzieć, że nie
siedzieli katolicy czy luteranie?
Małgorzata
Różewicz: Homoseksualiści.
Bp Andrzej
Siemieniewski: Wspomniani tu homoseksualiści, prostytutki. Myślę, że
kilkadziesiąt tysięcy prostytutek siedziało też w obozach hitlerowskich. A co
do katolików i luteranów, to myślę, że z powodu wiary bardzo dużo katolików i
luteranów. Wydaje mi się, że z terenu Austrii 600 księży zostało zamordowanych
w obozach, pewnie głównie w Dachau. Z terenu Niemiec dokładnie nie pamiętam
liczby, ale pewnie liczba podobna. Wydaje mi się, że 2 tys. księży z Polski. Ja
myślę, że siedzieli bardzo różni ludzie. Na początku tacy, którzy byli uważani
za wrogów, a potem ci, którzy byli uznawani również za po prostu
niepotrzebnych. Motywy pewnie były bardzo różne.
Też bardzo
dziękuję za wspomnienie Dietricha Bonhoeffera. Ze wstydem muszę powiedzieć, że
przez 4 lata chodzenia do liceum codziennie mijałem jego dom, bo to jest na
ulicy Bartla, pod numerem chyba 7. Do dzisiaj stoi ten dom i przez 4 lata nie
miałem pojęcia, że mijam taki właśnie dom. Dom człowieka, o którym pół świata
słyszało. A ja mijałem przez cały czas liceum ten dom, bo to było po drodze
ze szkoły do domu, i nie wiedziałem. Dowiedziałem się niedawno. Zresztą gdzie
się dowiedziałem? Tu, w tej sali. A od kogo? Od biskupa Bogusza. Kiedy
rozmawialiśmy z bpem Boguszem wiedziałem, że gdzieś we Wrocławiu jest ten dom,
ale gdzie, nie wiedziałem i bp Bogusz mi powiedział. Poszedłem tam następnego
dnia, kiedy było jasno, sprawdziłem ze zdjęciem, zgadza się — to ten dom. I
wtedy sobie uświadomiłem „4 lata go mijałem i nie wiedziałem, że to jest dom
Dietricha Bonhoeffera, gdzie 6 lat rzeczywiście jako dziecko tam mieszkał”.
Co do oceny
postawy Piusa XII, to myślę, że to takie zagadnienie, które można potraktować
jako problem dla nauk historycznych. Ja oczywiście nie jestem historykiem i
ktoś tutaj mógłby to skorygować, ale tak to sobie wyobrażam, jak można by się
zabrać za ocenę postawy takiej postaci z historii. Tak sobie wyobrażam, że
można by dwa wątki pociągnąć. Pierwszy wątek porównawczy, takie porównanie, jak
reagował Pius XII na prześladowania… tak wprost — na mordowanie księży
austriackich, niemieckich, a potem polskich, w porównaniu z tym, jak wyglądała
jego reakcja na mordowanie Żydów. Myślę, że w tym porównaniu, co nam się rzuci
w oczy? To też trzeba historyków zapytać, ale na pierwszy rzut oka, to w tym
porównaniu nam wyjdzie na jaw, że nie było jakiegoś dystansowania się od Żydów
w tym braku głośnego zabierania głosu, ponieważ wobec morderstw katolickich
księży reagował tak samo, miał po prostu inną taktykę. Co do tej uwagi,
że bezpośrednią przyczyną śmierci Edyty Stein był protest biskupów
holenderskich wobec mordowania Żydów, to jest prawda. To była bezpośrednia
przyczyna, tzn. aktem odwetu Niemców za list protestu było wyaresztowanie
konwertytów katolickich, luterańskich chyba też, i wywiezienie ich do obozów.
To był taki bezpośredni akt zemsty. Otóż historyk pewnie musiałby popatrzeć,
czy my nie popełniamy jakiegoś anachronizmu, czy my nie zaczynamy zapominać,
jakie to były realia. Hitler nie był człowiekiem, który uginał się przed
krytyką zewnętrznych autorytetów, on miał te autorytety za nic, a nawet, jak
przykład Edyty Stein pokazuje, potrafił w wyzywający sposób wymordować ludzi
dlatego, że ktoś go skrytykował. To taki pierwszy wątek, tylko moje intuicje,
bo to trzeba by przebadać, a teraz wątek, który też pewnie jest dla historyków…
można by porównać, jak inne analogiczne instancje reagowały na ten problem,
instancje polityczne, czyli pewnie rządy głównie, czy instancje religijne
analogiczne do Kościoła katolickiego. Otóż myślę (to też taka bardzo zgrubna
intuicja), że niespecjalnie reagowały, ponieważ nie za wiele wiedziały, a jak
wiedziały, to nie za bardzo dowierzały.
Głosy z sali:
Nie chciały.
Bp Andrzej
Siemieniewski: Tak, myślę, że była taka mieszanka niechcenia, często też
po prostu niedowierzania. Jest znana historia, kiedy chyba Karski
spotkał się z prezydentem USA, który po prostu powiedział: „Ja w to nie
wierzę, to jest niemożliwe, pan zmyśla”. Więc takie dwa wątki sobie wyobrażam:
jeden — porównanie reakcji Piusa XII na mordowanie katolików i Żydów przez
Hitlera, a drugi porównanie, jak inne instancje reagowały. I to wydaje mi się,
jakiś projekt badawczy dla historyka. I wtedy nam wyjdzie sprawiedliwa ocena
tej postaci, ponieważ ocenianie w 2006 roku sytuacji z ‘43 czy ‘44 to jest
bardzo ryzykowna sprawa.
Głos
z sali: To by zakładało otwarcie archiwów.
Bp
Andrzej Siemieniewski: Ja nie jestem historykiem, więc nie mam pojęcia,
jakie archiwum do jakiego czasu jest otwarte… to są takie intuicje, które ktoś
mógłby zrealizować, gdyby ktoś był historykiem i się znał. Tylko wyczuwam
czasami w publicystycznych krytykach brak tych dwóch aspektów: porównania z
reakcją Piusa XII wobec księży katolickich w Dachau i porównania z reakcją
innych instancji (czy to chrześcijańskich, czy nie chrześcijańskich). To wydaje
mi się taki zupełnie elementarny pierwszy krok do oceny jakiejś postaci. Jednym
słowem, czy na tle epoki wyróżnia się na plus czy na minus.
Maria
Woś: Przed pielgrzymką Benedykta słyszałam takie informacje, że były
przeprowadzane różne sondaże i że katolicy zachodni czy chrześcijanie zachodni,
czy w ogóle opinia Zachodu domaga się, oczekuje od papieża złagodzenia
dogmatów. Mi się wydaje, że to fałszywe sformułowanie, to świadczy o niekompetencji
dziennikarzy pod tym względem, tak mi się wydaje. I tu proszę o odpowiedź.
I
drugie. Chciałam zapytać, jaka jest różnica między ideologią a religią, bo mówi
się, że Kościół nie jest instytucją opartą na ideologii. Więc mówi się, że
ideologia to jest światopogląd, który może być fałszywy, a w chrześcijaństwie
uważa się, że Kościół jest to wspólnota wiernych w czasie i przestrzeni
stworzona przez Chrystusa i którą kieruje Duch Święty. A przecież z punktu
widzenia niewierzącego to też można zakwestionować i powiedzieć, że jest to
ideologia fałszywa.
Jerzy
Lukierski: Doszedłem do wniosku, że tu rozmawiamy o takich subiektywnych
impresjach i chciałem państwu podać pewien eksperymentalny fakt. O co chodzi?
Chodzi o to, że tutaj oczywiście jest podział między… ludzie myślący dzielą się
na tych, którym Bóg jest potrzebny w życiu tych, którym nie jest potrzebny. Ja
byłem w kwietniu na posiedzeniu Komisji Fizyki Teoretycznej komitetu fizyki
PAN. Myśmy tam rozmawiali nie tylko o fizyce, rozmawialiśmy też o relacji
między metafizyką a fizyką, dlatego że taki jeden z naszych kolegów prof.
Jacyna-Onyszkiewicz, napisał książkę z mechaniki kwantowej, w której
wyprowadzał właściwie istnienie Trójcy św. z mechaniki kwantowej. Ale nie o tym
chciałem powiedzieć, a o tym, że żeśmy zrobili tajne głosowanie w związku z
tym, że teraz się szuka oczywiście dowodów świętości Jana Pawła II. Pytanie
było takie: „Czy uważasz, że cuda jako przejaw sił nadprzyrodzonych istnieją
czy nie istnieją?” Proszę państwa, 34 głosy zostały oddane, wynik taki był: 17,
że nie istnieją, 13, że istnieją, a 4 głosy wstrzymujące. Dlatego o tym mówię,
że pomyślałem sobie, że jeżeli ktoś siedzi tu już do 11, to może być
zainteresowany tym wynikiem [śmiechy].
I jeszcze na
koniec chciałem powiedzieć, że i agnostycy, i wierzący byli niezadowoleni z
tego wyniku [śmiechy]. Tak że tu myśląc o stosunku do religii
trzeba wziąć pod uwagę, że tak wygląda sytuacja — jesteśmy podzieleni.
Maciej
Kujawski: Ja absolutnie nie chcę zabierać państwu głosu, tylko ad vocem,
szczególnie do wypowiedzi pani, kto siedział w obozach koncentracyjnych.
Proszę sobie uświadomić (państwo na pewno wiedzą), Konzentrationslager
Auschwitz był utworzony przez Niemcy hitlerowskie dla uwięzienia
intelektualistów polskich, polskiej inteligencji. I pierwsi więźniowie, m.in.
mój ojciec, Kazimierz Kujawski, założyciel szkoły mazowieckiej w Warszawie,
zwanej później szkołą Kujawskiego, został tam uwięziony i zginął. I nie tylko
prostytutki, nie tylko homoseksualiści…
Małgorzata
Różewicz: Ale ja nie mówię o niemieckich obozach…
Maciej
Kujawski: A Auschwitz czym był?
[gwar]
Bp Andrzej
Siemieniewski: Właśnie, bo myślę, że rozmawialiśmy o różnych okresach
istnienia obozów i oczywiście ten obóz w Auschwitz dotyczył innej epoki
historycznej. Też sprawa jest historycznie pomieszana, ponieważ z prawnego
punktu widzenia leżał rzeczywiście na terenie Rzeszy, ale oczywiście na
terenach dołączonych do Rzeszy po ‘39 roku i rzeczywiście jego celem było
więzienie inteligencji. Bartoszewski trafił do Auschwitz z tego właśnie tytułu.
W cudzysłowie „polski” w tym sensie, że dla polskiej inteligencji przeznaczony
jako obóz karny czy śmierci.
Co do złagodzenia
dogmatów, to rzeczywiście jest to ciekawy obraz, nawet językowo tak to brzmi:
dogmat jest czymś takim twardym i opresywnym i trzeba by go złagodzić w celach
miłosierdzia…
Maria Woś: O
niepokalanym poczęciu!
Bp Andrzej
Siemieniewski: Właśnie, ale to nie bardzo zgadza się z wizją tego, co
katolicy rozumieją przez dogmat, bo przez dogmat rozumieją sformułowanie,
które oddaje prawdę. Dlatego ułagodzenie dogmatów brzmiałoby w uszach katolika
jako zachęta do zacierania granic prawdy, co nie bardzo w ogóle mieści się w
logice katolickiej.
To głosowanie —
bardzo ciekawe, właśnie!
Jerzy
Lukierski: To będzie w „Postępach fizyki” zresztą, informacja o tym.
Bp
Andrzej Siemieniewski: Przypomniał mi się jeszcze w związku z tym taki
ciekawy aspekt literatury starochrześcijańskiej, że kiedy chrześcijanie (to się
już zaczyna od Klemensa Rzymskiego, czyli 94 rok, koniec I w.) przeprowadzali
jakiś taki wywód argumentujący za istnieniem Boga, to rzecz ciekawa, w takim
ogólnym wywodzie, który był przeznaczony dla społeczeństwa rzymskiego
(politeistów czy wątpiących) w zasadzie nie odwoływali się do argumentu z cudu.
O, to jest ciekawe. Głównym argumentem… Kończy się list Klemensa Rzymskiego
taką poetycką wizją porządku na świecie:
„Popatrzcie
bracia, gwiazdy toczą się swoim torem i niebiosa obracają się według praw i
również w głębokich wodach i podziemiach prawa obowiązują”.
Jaki z tego argument za istnieniem Boga? Zauważmy, że to nie
jest argument z cudów, czyli odbiegania od praw, bo to nam się dzisiaj
kojarzyło z argumentem za istnieniem Boga. Starożytny chrześcijanin-apologeta
dużo chętniej, może nawet często wyłącznie odwoływałby się do istnienia praw
natury. Myślę, że gdyby dzisiaj tu przed nami taki uczeń apostołów jak Klemens
stanął, to by nam powiedział: Pierwszym argumentem za istnieniem Boga są
podręczniki — fizyki, chemii, matematyki, ekonomii, kulturoznawstwa, historii,
teologii, tego wszystkiego. To, że świat da się opisać, że umysł ludzki chwyta
różne aspekty rzeczywistości i przyrody czy kultury, to jest główny przejaw
argumentacji za istnieniem Boga. Ciekawe, że w starożytności na to bardziej
kładziono nacisk, a czasach nowożytnych jakby bardziej ludziom zaczęło
imponować wykraczanie poza prawa natury. Zresztą o tym pisze już św. Paweł w
Liście do Rzymian, że ogląd świata daje jakieś poznanie przymiotów Boga […],
przejawów Planu Bożego, który jest do dostrzeżenia i opisania.
Jerzy
Lukierski: Ale jeden patrzy i widzi, a drugi nie widzi. [śmiechy]
Bp
Andrzej Siemieniewski: To jest jakieś widzenie z porządku, z planu czy
(fizyk by powiedział) z wzorów. To, że da się opisać wzorami, to Klemens by
powiedział: To jest pierwszy argument, może nie dowód, ale argument za
istnieniem Boga. Tak że od aksjomatu do dogmatu wyszło i co? …na aksjomacie i
dogmacie się skończyło.
[oklaski]
[2006]