Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość bezdroży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duchowość bezdroży. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 listopada 2016

Nie każda medytacja jest chrześcijańska


bp Andrzej Siemieniewski 

 

Nie każda medytacja jest chrześcijańska

   

Medytować: ale jak?

 

            a. Czy chrześcijanin może medytować?

            Wydawałoby się, że nic bardziej naturalnego dla chrześcijanina, jak codzienna medytacja. Czyż nie czytamy w Piśmie świętym, że człowiek sprawiedliwy rozmyśla nad Prawem Pańskim dniem i nocą? Polskie "rozmyślanie" to w wersji łacińskiej nic innego jak medytacja właśnie (meditatur). Czyż św. Ignacy nie nazwał decydujących momentów swojej metody rekolekcyjnej medytacjami (meditación)? Prefekt Kongregacji Nauki Wiary, kard. J. Ratzinger, napisał kiedyś nawet cały dokument zatytułowany O niektórych aspektach medytacji chrześcijańskiej.

            A jednak niedawno natknąłem się w internetowych materiałach na tekst pod przedziwnym tytułem: Czy katolik może medytować? Jak wytłumaczyć fakt, że komuś przyszedł do głowy taki niecodzienny tytuł? Jak doszło do tak głębokiego chaosu pojęciowego, w którym można zadać tego typu pytanie, które byłoby przecież kompletnie niezrozumiałe dla chrześcijan poprzednich pokoleń? Co takiego dzieje się we współczesnym Kościele, co mogłoby usprawiedliwić pojawienie się tak fundamentalnego nieporozumienia?

 

            b. "duchowy" buddyzm i "nie-duchowe" chrześcijaństwo

            Sięgnijmy do lat '60 i '70 dwudziestego wieku. Nastała wtedy moda na duchowość czerpaną pełnymi garściami z religii Wschodu. To, co chrześcijańskie wydawało się powierzchowne, skostniałe i trącące myszką. Jeśli jednak zostało przedstawione w terminologii hinduizmu i buddyzmu, natychmiast zyskiwało uznanie. Tomasz Merton pisał wtedy w swojej książce Zen i ptaki żądzy: „nauka buddyzmu może przynosić to samo wyzwolenie, jakie odnajdujemy w Dobrej Nowinie o Odkupieniu, Darze Ducha i Nowym Stworzeniu”. Zapowiedź, że przyjęcie nauk buddyzmu przynosi ten sam skutek, co kerygmat apostolski, stanowiło istotną rewolucję w poszukiwaniu pierwotnego ducha chrześcijańskiego. Nadzieję na odnowę chrześcijaństwa przez sięganie po doświadczenie buddyjskie wyrażał Merton na przykład w takich słowach: „możliwe, że zen po adaptacji da się wykorzystać dla oczyszczenia atmosfery jałowego ascetyzmu; zen wart jest tego, byśmy choć na chwilę odetchnęli jego rześką i przyprawiającą o zawrót głowy atmosferą”. Przypomnijmy, że autor tych słów był trapistą, a więc miał iść ścieżką biblijnego powołania kontemplacyjnego dla dobra powierzonego mu przez Chrystusa Ludu Bożego, drogą medytacji Bożego Słowa. Pod koniec życia zaczął iść drogą inną.

            Czy zafascynowanie się Mertona nową religią, buddyzmem, obyło się bez ponoszenia duchowych kosztów? Trzeba odpowiedzieć wyraźnie: koszty były, i to wysokie. Merton dokonał takiej reinterpretacji wielu fragmentów biblijnych, że często dochodziło do pozbawienia tych tekstów fundamentalnego chrześcijańskiego znaczenia. Tłem Biblii jest przecież nieodmiennie personalizm dialogiczny: człowiek stoi wobec Innego, Który wychodzi mu naprzeciw, podejmuje z nim zbawczy dialog i Który mu się sam udziela w relacji oblubieńczej. W interpretacji Mertona fragmenty te przemieniają się jednak w opis duchowego doświadczenia, w którym obecność Innego, konkretnej Osoby stojącej naprzeciw człowieka, staje się po prostu zbędna.

       Czytamy na przykład u tego amerykańskiego trapisty: „Z chwilą przełamania ograniczeń religii strukturalnej i kulturowej możliwe stają się «narodziny w Duchu» czy właśnie intelektualne przebudzenie w niezróżnicowanej pustce, gdzie wszystko jest bierną aktywnością, nazwaną przez Chińczyków wu-wei, a przez Nowy Testament «wolnością dzieci Bożych»”. Uważny czytelnik Biblii musi jednak przyznać, że dla Apostołów „intelektualne przebudzenie w niezróżnicowanej pustce” byłoby koszmarem, a nie jutrzenką duchowej swobody. Apostołowie, św. Piotr czy św. Paweł, po przebudzeniu rozglądaliby się, szukając Ojca naszego Pana, Jezusa Chrystusa, Boga Abrahama, Izaaka i Jakuba — i bynajmniej nie byliby uszczęśliwieni, że zamiast tego dano im „niezróżnicowaną pustkę”. Dla medytującej codziennie św. Małgorzaty Marii Alacoque, dla oddającej się codziennej medytacji świętej siostry Faustyny oraz milionów ich poprzedników i następców zastąpienie Bożej Osoby anonimową rzeczywistością duchową 'bez oblicza' byłoby równoznaczne z zanegowaniem sensu ich wiary. Powoli więc wyłania się nam przed oczami prawdziwy problem: nie chodzi o to, czy mamy medytować. Tu odpowiedź jest jasna: oczywiście tak! Pytanie brzmi inaczej: czy każda metoda medytacji prowadzi nas do celu, jakim jest poznanie Jezusa, a przez Niego - uzyskanie śmiałego przystępu do Boga Ojca?

 

c. medytacja: czy na pewno chrześcijańska?

Inny przykład to tak zwana 'medytacja chrześcijańska' proponowana przez Światową Wspólnotę Medytacji Chrześcijańskiej (World Community for Christian Meditation - czyli WCCM). Obok wielu cennych intuicji i wartościowych przemyśleń, WCCM przekazuje jednak pewną nadzwyczaj wątpliwą tezę. Otóż zaczerpniętą z hinduizmu tradycję medytacji za pomocą mantry uważa za (oczywistą i niepodlegającą dyskusji) kontynuację medytacyjnej Tradycji chrześcijańskiego Wschodu oraz mistycznego Kościoła zachodniego. Warto prześledzić to na przykładzie.

Koordynator grup tak rozumianej medytacji mantrycznej w kanadyjskim Québecu krytyczny głos w dyskusji na temat metody propagowanej przez WCCM nazywa „krytycznymi uwagami pod adresem medytacji chrześcijańskiej”. Opinię, że metoda propagowana przez WCCM to praktyka hinduistyczna przeszczepiona na grunt chrześcijański, komentuje następująco: „medytacja chrześcijańska byłaby tylko zakamuflowaną medytacją hinduistyczną”. Wydaje się więc, że wybranie nazwy „medytacja chrześcijańska” na określenie omawianej tu praktyki wybitnie utrudnia jakikolwiek racjonalny dialog na ten temat. Przecież krytyk nie chciał powiedzieć, że medytacja chrześcijańska jako taka ma jakieś związki z hinduizmem, ale że ta konkretna metoda medytacji mantrycznej, niewłaściwie zwana przez jej zwolenników „medytacją chrześcijańską”, jest przedmiotem debaty teologicznej. To dojść jasny dowód, do jakiego pojęciowego chaosu może doprowadzić brak dyscypliny w używaniu nazw i pojęć.

       Niekiedy prowadzi to zresztą do wprost humorystycznych efektów: kiedyś moje własne rozważania na temat zasadności metody WCCM spotkały się z jak najpoważniejszym zarzutem publicysty: „autor boi się słowa medytacja” i dlatego „neguje potrzebę medytacji w chrześcijaństwie”. Pozostawiając jednak na boku kwestię humoru: potrzeba nam powrotu do jasnej terminologii i rzetelnej teologii duchowości.

 

       d. szukać w sobie samym czy czekać na dar od Boga?

Dość często w tekstach używanych w WCCM spotkamy się z podkreślaniem, że praktykowana tu medytacja jest wspólnym dziedzictwem wielu religii: „Być na nowo połączonym z naszym centrum to cel każdej religii. Z objawienia chrześcijańskiego wiemy, że nasze centrum, głębiny naszego ducha, zamieszkuje Duch Boży”. Wydaje się, że wspomniane tu 'objawienie' rozumiane jest jako dostarczenie chrześcijańskiej terminologii dla opisu tego, co w pozostałych religiach określane jest innymi terminami, właściwymi kulturom, w których te religie wyrosły. Oznacza to, że człowiek ma już wszystkie zasoby duchowe w sobie, w zasięgu ręki. Potrzebuje więc nie tyle Zbawiciela przychodzącego z zewnątrz, co raczej Oświeconego, a więc nauczyciela (właśnie Buddy), pomagającego odkryć naturalne zasoby duchowe już posiadane, ale jeszcze nieuświadomione. Czytając wprowadzenia do chrześcijańskiej mantrycznej medytacji, można natknąć się na liczne wyrażenia prowadzące w tę właśnie stronę. Wprawdzie terminologia jest chrześcijańska, ale czytelnik odnosi wrażenie, że intencją autora jest oddanie myśli: chrześcijanie wyrażają przy pomocy swojej terminologii to samo, co hinduiści lub buddyści wyrażają przy użyciu swoich określeń. Różnica między religiami jawi się jako odmienność kultury i języka: „W hinduizmie Upaniszady mówią o duchu Jedynego. W tradycji chrześcijańskiej Jezus mówi o Duchu, który mieszka w naszych sercach”.

       Jak ocenić przytoczone przykłady rozumienia duchowej ścieżki proponowanej w mantrycznej medytacji pseudo-chrześcijańskiej? Wiemy z lektury Nowego Testamentu, że św. Paweł głosił Ducha Świętego, którego jego słuchacze jeszcze nie mają, ale dopiero mają otrzymać przez wiarę w Chrystusa. Takie nowe wylanie Ducha opisywane jest jako skutek działalności Apostołów w Dziejach Apostolskich i znane jest z historii Kościoła. Natomiast czytelnik tekstów WCCM odnosi raczej wrażenie, że naszym zadaniem jest tylko uświadomienie sobie tego, co ludzie już mają z natury, ale jeszcze o tym nie wiedzą. Czytamy tam na przykład: „Najważniejszym przesłaniem, jakie chrześcijanie mają obowiązek głosić całemu światu, każdemu, kto ma uszy do słuchania, jest prawda, że ten Duch rzeczywiście zamieszkuje w naszych sercach i że zwracając się ku niemu z całkowitą uwagą, my też możemy żyć pełnią miłości”. Jednak to „zwrócenie się z uwagą” za pomocą mantry jest, jak się wydaje, uwagą skierowaną na samą uwagę, bo przecież nie na historię Jezusa z Nazaretu i na historię wylania Ducha Świętego od Pięćdziesiątnicy począwszy do dziś.

       Czytamy także u zwolenników metody WCCM: „Najważniejszą myślą nauki chrześcijańskiej głoszonej przez Ewangelię jest prawda, że Jezusa w całym bogactwie Jego Rzeczywistości możemy odnaleźć w naszym własnym sercu”. Jako czytelnicy Biblii pamiętamy jednak coś zgoła innego: iż chrześcijaństwo jest otwarciem się nie na własnego ducha, ale na wiecznego Bożego Ducha, którego świat nie ma, a którego otrzymuje się przez wiarę. A gdzie znajdujemy Jezusa w całym bogactwie? „Słowo Chrystusa niech w was przebywa z [całym swym] bogactwem: z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha” (Kol 3, 16). Kościół modli się też przed Najświętszym Sakramentem: „w Którym są ukryte wszystkie skarby mądrości i umiejętności”, myśląc o biblijnych i sakramentalnych łaskach, które przychodzą do naszego wnętrza z zewnątrz, jako dar.

 

e. gra o wielką stawkę

Czy to wszystko jest naprawdę aż takie ważne? Czy jest o co kruszyć kopie? Czy tak wielka jest różnica między bezpojęciową medytacją za pomocą beztreściowej mantry a medytacją za pomocą krótkiego zdania skierowanego z głębi serca do osobowego Boga? Czy jednego i drugiego nie można nazwać medytacją chrześcijańską?

Różnica jednak jest. Pierwsza sprawa, już poruszona, to wierność prawdzie, także tej historycznej. Nie można wprowadzenia zupełnie nowej metody modlitewnej – a więc słuchania czystego brzmienia bezosobowej mantry – przedstawiać jako kontynuacji katolickiej tradycji modlitewnej, gdyż w chrześcijaństwie takiej tradycji nie było. Oczywiście, każdy ma prawo czerpać z tradycji buddyzmu i hinduizmu, jeśli taka jest jego wola. Jest to realizacją jego prawa do wolności religijnej. Aby działo się to jednak w wolności, potrzebna jest rzetelna informacja co do faktycznej historii duchowości chrześcijańskiej.

Jest jeszcze inny aspekt całej sprawy, mianowicie dalekosiężny skutek przyjęcia postawy duchowej proponowanej w niektórych pismach WCCM. Można by pojawiające się tu znaki zapytania zgrupować w trzy sekcje: niechrześcijańska reinterpretacja Biblii; reinterpretacja historii Kościoła oraz relatywizacja wartości chrześcijaństwa. Nader często stawia nas to wobec wizji chrześcijaństwa, w której odnosimy wrażenie, że właściwym duchowym partnerem człowieka jest … on sam dla siebie. Czytamy na przykład: „w pierwszych wiekach chrześcijanie kładli wielki nacisk na modlitwę, rozumieli ją jako głębokie wejście w siebie”. To prawda, że chrześcijanie często zachęcali do głębokiego wejścia w siebie: ale czy to nazwaliby modlitwą? Czy każdy starożytny chrześcijanin nie powiedziałby, że do modlitwy (jak do tanga, dodalibyśmy dziś) 'trzeba dwojga'? Ja sam sobie nie wystarczę. Modlitwa to nie wpatrywanie się w lustro, aby zobaczyć siebie, to wyglądanie przez okno, aby zobaczyć Inną Osobę.

Jeden z autorytetów tzw. 'medytacji chrześcijańskiej' pisze, że „sedno wszelkich prawdziwie duchowych form modlitwy sprowadza się do skupienia na tym, co znajdziemy w piaście koła, naszym własnym sercu”. Jednak Jezus Ewangelii uczy inaczej: sedno wszelkich prawdziwie chrześcijańskich form modlitwy sprowadza się do spotkania z osobą Boga: „módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który jest w ukryciu, odda tobie” (Mt 6, 6)”.

       „Jezus mówi, że najwyższą wartością w życiu jest prawdziwa jaźń. Cóż wart jest człowiek, jeśli wszystko zyskuje, a zatraca siebie” (por. Łk 9, 25) – czytamy w książce Praktyka medytacji. Nawet jeśli tak mówi dziś nauczyciel WCCM, to na pewno nie mówił tak Jezus. Jego słowa: „kto chce zachować swoje życie, straci je”, nie dotyczą utraty prawdziwej jaźni. Są zresztą wyjaśnione dość dokładnie w Ewangelii: „Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w swojej chwale oraz w chwale Ojca i świętych aniołów” (Łk 9, 23-26)”. Stawką jest życie wieczne w królestwie w osobowej obecności Chrystusa i Boga Ojca, a nie abstrakcyjna jaźń.

 

f. medytujmy!

Pozostaje teraz znalezienie odpowiedzi na zawsze aktualne pytanie, jak medytować? Co konkretnie robić podczas medytacji? Pytanie o określoną technikę medytowania zawiera w sobie pewną pokusę zbytniego zawierzenia metodzie. Pokusa ta polega na myśleniu, że sposób medytowania sam w sobie jest cudownym środkiem, który koniecznie i bezwarunkowo zmusza Pana Boga do działania; że to człowiek mocą swojego własnego wysiłku, aplikując konkretną metodę medytacji, otwiera sobie sam podwoje Bożych tajemnic. Nic bardziej złudnego! To nie metoda otwiera drzwi, w które człowiek kołacze medytowaniem, ale sam Bóg. To On decyduje, kiedy i w jaki sposób człowiek przemierza różne etapy drogi duchowego rozwoju. Nie metoda zatem jest najważniejsza, lecz pokorna wiara, cierpliwość, wytrwałość i wierność. Określona technika medytacyjna jest wobec nich czymś drugorzędnym.

Z pomocą może nam przyjść ogłoszona w 2010 roku adhortacja apostolska Benedykta XVI Verbum Domini, traktująca o słowie Bożym w życiu i misji Kościoła. Dokument ten zachęca do praktykowania tzw. lectio divina. Jest to sięgająca starożytności chrześcijańskiej i rozwijana w średniowiecznych środowiskach monastycznych, a współcześnie przeżywająca swój renesans, praktyka medytacji biblijnej, na którą tradycyjnie składały się: lectio, meditatio, oratio i contemplatio. O niej to powiedziano we wspomnianej adhortacji, że „może otworzyć przed wiernymi skarb słowa Bożego, a także doprowadzić do spotkania z Chrystusem, żywym Słowem Bożym” (VD,  87).


[2016] 



czwartek, 31 października 2013

Twierdze poglądów


bp Andrzej Siemieniewski 

 

Twierdze poglądów

  

Parę dni temu znajomy namówił mnie, abym zajrzał do Tygodnika Powszechnego. Zachętą był temat medytacji, obszernie ostatnio omawiany. Przekonało mnie to i do ostatniego Tygodnika zajrzałem; a przy okazji do kilku starszych. Spotkała mnie wielka radość! Temat medytacji i medytacyjnej modlitwy zajął sporo miejsca w ostatnich tygodnikowych numerach. I do tego znalazłem jakże potrzebne przypomnienie: „Modlitwa to bardzo intymny wyraz relacji człowieka do Boga – zasługuje na spokojne i delikatne potraktowanie. Teologiczne bitwy jej nie służą” [red. P. Sikora, TP 14]. Okazało się przy tym, że jednym z wątków omawianych przy tej okazji stał się mój własny tekst z wiosennego numeru Pastores (jest to kwartalnik poświęcony formacji kapłańskiej). Musiałem więc sobie szybko przypomnieć jego treść. Była to skromna odpowiedź na prośbę redakcji, która chciała, by wypowiedzieć się na temat szybko rosnącego ruchu medytacyjnego nazywającego się Światowa Wspólnota Medytacji Chrześcijańskiej. Wprawdzie treść mojej wypowiedzi na łamach Tygodnika relacjonował już ks. Jacek Prusak [Oskarżona modlitwa, TP 16, s. 16-17], ale myślę że nie było to udane. Dlatego spróbuję zrobić to sam. Co takiego napisałem więc w Pastores? Tekst był króciutki, tylko pięć stron, miał też pięć punktów. Oto one.  

1. Oczywisty fakt istnienia chrześcijańskiej medytacji i potrzeba, a nawet konieczność medytowania przez chrześcijan, bywa niekiedy zapominany. Dlatego często przypominają o tym pasterze Kościoła, dlatego też mój własny tekst zacząłem od słów kard. Ratzingera o potrzeby ciszy, skupienia i medytacji oraz od usilnego napomnienia Benedykta XVI, aby wnętrza kościołów były odpowiednimi miejscami medytacji i by kapłani przygotowywali się do homilii na medytacji. Dodałem też, że zgodnie z papieską nauką stróżami medytacyjnego wymiaru duchowości mają być w Kościele zakony kontemplacyjne. Później spostrzegłem, jak wiele miejsca poświęcił tej oczywistej prawdzie Tygodnikowy artykuł na ten temat autorstwa ks. Jacka Prusaka S.J.: taka zgodność myśli może tylko satysfakcjonować.  

2. Jako jedną z odpowiedzi na ten głód medytacyjnej ciszy postrzega się często propozycję Światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej (skrót angielskiej nazwy to WCCM). Jest to społeczność kierowana przez brytyjskiego mnicha benedyktyńskiego o. Laurence’a Freemana OSB, ale inspirowana przez żyjącego wcześniej innego benedyktyna, o. Johna Maina OSB. Światowa Wspólnota obecna jest coraz bardziej także w Polsce, zakładane są coraz to nowe grupy medytacyjne, istnieje też projekt upowszechniania ich medytacyjnej propozycji w szkołach. Jak zawsze w Kościele powinno być, a już zwłaszcza po drugim Soborze Watykańskim, nowe formy modlitwy powinny stać się przedmiotem refleksji i otwartego dialogu. Stąd moje słowa: „Warto pytać o zgodność z chrześcijańską Tradycją medytacyjnej praktyki proponowanej przez WCCM. To pytanie stawia, zresztą, wprost o. Freeman: on sam odpowiada na nie, oczywiście, pozytywnie”.

Argumentacja o. L. Freemana jest następująca: „w młodości Main nauczył się medytować z mantrą od hinduistycznego nauczyciela, którego poznał na Malajach i u którego przez krótki czas pobierał nauki”. Metoda ta polegała, jak to w hinduizmie, na powtarzaniu słowa-mantry, której zasadniczym elementem jest nie znaczenie słowa, ale dźwięk. „Po wybraniu słowa do medytacji należy «odrzucić jego znaczenie i związane z nim skojarzenia i wsłuchać się w jego dźwięk»”. W ten sposób „pozbywamy się zarówno tych dobrych myśli, jak i tych złych” – uczy się w WCCM. 

Później jednak o. John Main dokonał odkrycia: studiując pisma starochrześcijańskich mnichów doszedł do wniosku, że tej samej metody, której uczył go mnich-hinduista uczyli też chrześcijańscy mnisi w IV wieku:To, czego nauczył się na podstawie słów swego nauczyciela i dawanego przezeń przykładu, pozwoliło mu pojąć, co tak naprawdę miał na myśli Jan Kasjan, kiedy stanowczo kładł nacisk na «nieustanne powtarzanie» w sercu zaczerpniętej z Pisma formuły”. 

3. To jedna strona prezentacji. Dialog polega jednak na spotkaniu różnych punktów widzenia. Taki inny punkt widzenia istnieje:Jeśli przeczytamy odnośne teksty Kasjana, okaże się, że nie znajdziemy tam takiej nauki medytacji, o jakiej mówi o. Freeman”. Owszem, znajdziemy tam posługiwanie się powtarzającym się krótkim modlitewnym tekstem, ale nie jest to słowo, w którego dźwięk się wsłuchujemy, ale zdanie-prośba, którą wielokrotnie przedstawiamy Bogu. Po przeczytaniu jeszcze innych tekstów starożytnych dodałem moją opinię:Tak więc wcale nie jest prawdą, jakoby starożytni chrześcijanie modlili się tak, jak uczy tego o. Freeman oraz szkoła WCCM”. 

4. Konfrontacja argumentacji zwolenników medytacji metodą szkoły WCCM z autentycznymi tekstami starożytnych autorów przekonała mnie, że nie mają racji powołując się na starożytne korzenie chrześcijańskie swojej metody. Pewnie mają inne racje, warto więc je poznać. Nic lepszego od otwartej rozmowy i szczerego dialogu! Dlatego dodałem:Dopiero po stanięciu na gruncie historycznej prawdy można zacząć dyskusję o pożytkach tej nowej formy medytacji”.

Myślę, że początkiem tej dyskusji może być jeden fakt i jedna hipoteza. Faktem jest pochodzenie medytacyjnej metody proponowanej przez Światową Wspólnotę Medytacji Chrześcijańskiej (WCCM) od hinduistycznego kapłana. To fakt wielokrotnie przypominany na różne sposoby przez założycieli WCCM. Hipotezą natomiast jest powoływanie się na starochrześcijańskie źródła. Dżentelmeni nie dyskutują o faktach. Mogą natomiast dyskutować o hipotezach. Po lekturze źródeł hipoteza ta wydała mi się nad wyraz wątpliwa. U chrześcijańskich ojców pustyni znalazłem inną metodę, inne duchowe postawy, inne skutki medytacji.

Jak wyobrażam sobie wspomnianą dyskusję? Myślę, że trzeba przeczytać stosowne teksty starożytnych monastycznych autorów i sprawdzić, czy uczyli tego, czym jest proponowana dziś medytacyjna metoda o. L. Freemana. Taki dialog i dyskusja to droga, do której sam o. Main i o. Freeman zaprosili powołując się na monastyczne teksty z IV wieku jako historyczny fundament chrześcijańskiego oblicza swojej metody. Nic pożyteczniejszego, niż lektura chrześcijańskich źródeł! I nic ciekawszego niż teologiczna debata!  

5. Dla podkreślenia wagi problemy przytoczyłem jeszcze myśl słynnego teologa Hansa Ursa von Balthasara. Ten powołany do grona kardynałów teolog już 40 lat temu podkreślał, że mówiąc o medytacji nie dyskutujemy o sprawie błahej i marginalnej, ale o czymś, co wkracza w samo sedno istoty chrześcijaństwa jako drogi do zbawienia. W tym właśnie kontekście Balthasar zacytował św. Pawła (2 Kor 11,3-4): „by nie były odwiedzione umysły wasze od prostoty i czystości wobec Chrystusa w taki sposób, jak w swojej chytrości wąż zwiódł Ewę”. Droga modlitwy to droga zbawienia i nie można sobie pozwolić na lekkomyślność w tej kwestii.  

Tyle napisałem w artykule w Pastores. Może trochę mało. Tylko jeden wątek, i do tego niezbyt szeroki… Ale spróbujcie sami napisać więcej mając tylko pięć stron do dyspozycji i surową redakcję Pastores, która nie chce dać więcej!

Potem przyszedł wspomniany komentarz w Tygodniku Powszechnym. Co tam się działo! Huraganowy ogień tytułów i podtytułów: „oskarżona modlitwa”, „biskup widzi ukrytą formę działania szatana”, „kto się boi medytacji”; „biskupi pytają, czy istnieje chrześcijańska medytacja?”. A na innych miejscach znalazłem: „biskup przestrzega przed medytacją chrześcijańską?” „medytacja na cenzurowanym”, „nie bój się medytacji”, „podpalono klasztor: czy są ofiary?” (no dobrze przyznaję się: to ostatnie sam wymyśliłem… ale reszta jest autentyczna – naprawdę!). Poczułem się nieco zdezorientowany stylem tabloidu tym bardziej, że przecież dopiero co czytałem: „Modlitwa to bardzo intymny wyraz relacji człowieka do Boga – zasługuje na spokojne i delikatne potraktowanie. Teologiczne bitwy jej nie służą”. Ponieważ zdecydowanie podoba mi się raczej ta zasada, dlatego proponuję pozostanie przy tym właśnie stylu: racjonalnego namysłu, spokojnej refleksji i szczerego dialogu.

Jest dla mnie wielką radością, że sprawa chrześcijańskiej medytacji powraca na pierwsze strony czasopism. Ostatnie numery Tygodnika zawierając wiele ciekawych materiałów do dialogu na temat medytacji, jej piękna i przemieniającej siły. Warto dodać do niego oczywiście inne aspekty, przecież tylu autorów napisało rzeczy bardziej intrygujące niż ja! Podczas lektury waszego czasopisma poznałem na przykład i taką opinię w sprawie czerpania z medytacyjnego dorobku hinduizmu i buddyzmu:  

„Różne formy medytacji mogą otwierać człowieka na działanie złych sił. Zanurzenie się w tej atmosferze, okultyzm, kontakt z siłami nieczystymi, może prowadzić do opętania. Także praktykowanie medytacji przez ateistów może być niebezpieczne. Zwłaszcza jeśli medytują, by osiągnąć poczucie pustki, niebytu, jak buddyści, bo samo wyciszanie się może otwierać na działanie złych sił” [J. Pereira, Tygodnik Powszechny, maj 2010]. 

Demoniczne aspekty medytacji, opętanie, złe siły… Jakich rodzajów medytacji mogłoby to dotyczyć? Trudno mi powiedzieć: ja po prostu czytam sobie starożytne teksty i je komentuję, dlatego nie poruszam takich aspektów. Ale Tygodnik Powszechny wprowadza te wątki do dyskusji o medytacji, do tego przez wypowiedź prawdziwego praktyka medytacji, który ma wieloletnie i wielokulturowe doświadczenie. Tym samym czujemy się zachęceni najpierw do otwartego dialogu na temat różnych metod medytacji, a dopiero potem wprowadzania ich do szkół. Czy bez takiego dialogu nie mogłoby się zdarzyć, że później rodzice będą mieli pretensje w sprawie duchowych konsekwencji dla swoich dzieci? Jest to możliwe. A więc znowu: dialogu nigdy dość.

Cieszyłoby, gdyby do tego dołączyła się w przyszłości jakże potrzebna dyskusja na temat bardziej szczegółowy, mianowicie metody medytacji proponowanej przez Światową Wspólnotę Medytacji Chrześcijańskiej (WCMM). Myślę, że taka pełniejsza refleksja to dopiero sprawa przyszłości, a dotychczasową próbę należy uznać za niefortunną. Dlaczego? Tu z góry przepraszam za nieznośnie belferski styl moich uwag pod adresem ks. Jacka Prusaka (to wieloletnie nauczycielskie przyzwyczajenia, a w moim wieku człowiekowi niełatwo się zmienić…). 

- Księże Jacku!

Gdy przytaczamy czyjeś myśli, to cudzysłów – jak sama nazwa wskazuje – służy do tego, aby dosłownie zacytować słowa. Nie jest właściwe używanie cudzysłowu, jeśli te słowa nie są autentyczne. Jeśli tak zmienia się słowa rozmówcy, aby pasowały do z góry założonej tezy, i jeszcze przez użycie cudzysłowu udaje się, że to jego myśli, to mamy tylko literacki pozór dialogu, a faktycznie jest to monolog ze swoimi własnymi myślami. Wiem, że medytacja to pasjonujący temat i że łatwo tu o rozgorączkowane emocje, ale dialog wymaga najpierw przedstawienia czyjegoś stanowiska, a dopiero potem albo zgodzenie się z nim, ale nie. No i ktoś przecież mógłby nie wiedzieć o takich emocjach – i mógłby pomyśleć sobie coś niedobrego o takich praktykach. I byłby tylko kłopot z obowiązkiem sprostowania.

Dalej: nie jest właściwe wymyślanie sobie pytań, jakie rzekomo zadali uczestnicy dialogu i wspólnej refleksji. Przecież nie jest prawdą, że pytanie, „czy istnieje medytacja chrześcijańska?” należy do tych, które „coraz silniej stawiają biskupi”. Nie stawiają tego pytania ani coraz silniej, ani coraz słabiej: w ogóle go nie stawiają, bo dla każdego rozsądnego człowieka jest jasne, że istnieje medytacja chrześcijańska. W otwartej rozmowie lepiej odpowiadać na te pytania, które uczestnicy dialogu faktycznie zadali, a nie na te, które sami sobie wymyślimy. Nie zamykajmy się w oblężonej twierdzy własnych myśli: niech trwa autentyczny dialog, a nie monolog ubrany tylko w literacką szatę dialogu!

Następnie: jeśli zaprosiłem do otwartej debaty słowami: „warto dopytać się szczegółowo” oraz „można zacząć dyskusję o pożytkach tej nowej formy medytacji”, to nie jest właściwą formą zamykanie dialogu przez wprowadzanie takich sformułowań jak „jedyna słuszna konkluzja” lub „ostateczna wyrocznia”. Nie tworzy to atmosfery otwartej dyskusji. Po co używać takich zamykających sformułowań? Niech lepiej trwa dialog! Ktoś przecież mógłby pomyśleć, że biskup Andrzej faktycznie tak napisał – i znowu byłyby tylko kłopoty ze sprostowaniem. Lepiej więc na przyszłość tego unikać. 

Te trzy szkolne błędy z pewnością łatwo da się poprawić. Po uczynieniu tego – dyskusję warto zacząć na nowo! I do moich skromnych refleksji z Pastores warto dodać i te inne, znacznie ciekawsze, poruszone przez autorów publikujących w Tygodniku, gdyż temat medytacji jest szeroki i nad wyraz interesujący! Nie zapominajmy przy tym o soborowym duchu dialogu. No i oczywiście o najważniejszym: „Modlitwa to bardzo intymny wyraz relacji człowieka do Boga – zasługuje na spokojne i delikatne potraktowanie. Teologiczne bitwy jej nie służą”. 


[2013] 


poniedziałek, 28 października 2013

Medytacja „chrześcijańska” na manowcach

 

bp Andrzej Siemieniewski 

 

Medytacja „chrześcijańska” na manowcach

 

Czym jest medytacja proponowana i promowana przez Laurence’a Freemana OSB?

 „Wielu chrześcijan gorąco pragnie dzisiaj nauczyć się autentycznej modlitwy, chociaż współczesna kultura ogromnie utrudnia zaspokojenie odczuwanej przez nich potrzeby ciszy, skupienia i medytacji” – ponad 20 lat temu kard. Józef Ratzinger, ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary, tymi słowami rozpoczął swój list na temat medytacji chrześcijańskiej Orationis formas. Także później, już jako papież Benedykt XVI, często wypowiadał słowa zachęty do medytacji. Tytułem przykładu warto zajrzeć do tekstu adhortacji Verbum Domini: wnętrza kościołów powinny być „odpowiednimi miejscami do głoszenia Słowa, medytacji i celebracji eucharystycznej” (VD, 68); kapłani „powinni przygotowywać się do homilii na medytacji i modlitwie, aby przepowiadali z przekonaniem i pasją” (VD, 59), a liturgię Słowa „należy sprawować tak, aby sprzyjała medytacji” (VD, 66). Stróżami medytacyjnego wymiaru duchowości mają być zakony kontemplacyjne: „wielka tradycja monastyczna zawsze uważała za konstytutywny element swojej duchowości medytację nad Pismem świętym” (VD, 83).  

1. Jako jedną z odpowiedzi na ten głód medytacyjnej ciszy postrzega się często propozycję Światowej Wspólnoty Medytacji Chrześcijańskiej (The World Community for Christian Meditation – WCCM). Jest to społeczność kierowana przez benedyktyńskiego mnicha o. Laurence’a Freemana OSB. Pod wpływem o. Freemana, jego wizyt w Polsce oraz popularnych książek powstało wiele medytacyjnych grup modlitewnych, wielu duszpasterzy oddaje się zalecanej przez niego formie praktyki modlitewnej, a niedawno w Warszawie odbyła się nawet konferencja dla nauczycieli i katechetów, aby upewnić ich, że tego typu „programy medytacji chrześcijańskiej z dziećmi i młodzieżą sprawdziły się znakomicie w katolickich szkołach” w wielu krajach, czas więc zacząć propagować je i u nas.

Przy takim rozmachu organizacyjnym i tak szerokim upowszechnieniu w Polsce nauk o. L. Freemana warto dopytać się szczegółowo o zgodność z chrześcijańską Tradycją medytacyjnej praktyki proponowanej przez WCCM. To pytanie stawia, zresztą, wprost o. Freeman: on sam odpowiada na nie, oczywiście, pozytywnie, powołując się na J. Maina, swojego osobistego nauczyciela tej formy medytacji: „Chrześcijańska metoda medytacji, prosta i nadająca się dla wszystkich, zawiera się (...) w naukach wczesnochrześcijańskich mnichów. Zwróciło na nią uwagę wielu współczesnych nauczycieli; dostrzegł ją benedyktyn John Main i przywrócił chrześcijaństwu po długich latach zaniedbywania tej praktyki”[1].

Zarówno sam o. Freeman, jak i jego liczni polscy zwolennicy zapewniają, że po prostu przywrócili starożytną praktykę medytacji chrześcijańskiej: „Ojcowie Pustyni proponowali bardzo prostą metodę medytacji. Zalecali, aby podczas medytacji powtarzać bez przerwy jakieś pojedyncze słowo lub krótkie wyrażenie. Według Kasjana praktyka ta doprowadza do ubóstwa ducha”[2].

Owszem, o. L. Freeman przyznaje, że ta współczesna odnowa medytacji została zainspirowana przez kapłana zgoła innej religii, mianowicie hinduizmu: „W młodości Main nauczył się medytować z mantrą od hinduskiego nauczyciela, którego poznał na Malajach i u którego przez krótki czas pobierał nauki”. Ale miało to być tylko rodzajem katalizatora, który udostępnił skarbiec źródeł autentycznych chrześcijańskich, udokumentowanych w epoce patrystycznej przez Kasjana: „To, czego nauczył się na podstawie słów swego nauczyciela i dawanego przezeń przykładu, pozwoliło mu pojąć, co tak naprawdę miał na myśli Jan Kasjan (...), kiedy stanowczo kładł nacisk na «nieustanne powtarzanie» w sercu zaczerpniętej z Pisma formuły”[3].  

2. Jak w praktyce wygląda ta forma medytacji wprowadzana przez wspólnotę WCCM? „Wybieramy słowo, frazę modlitewną – nazywamy ją dzisiaj mantrą (...) i powtarzamy [ją] bezustannie (...). Możesz na przykład obrać za to słowo imię Jezus (...) lub słowo Abba. (...) osobiście polecam (...) Maranatha. (...) Pamiętaj jednak, że kiedy medytujesz, nie zastanawiasz się nad znaczeniem tego słowa. (...) Pozbywamy się zarówno tych dobrych myśli, jak i tych złych.”[4] Tylko ze względów kulturowych mantra ma być kojarzona z jakimś kontekstem chrześcijańskim, gdyż generalnie „lepiej wybrać słowo, które jest święte w danej tradycji religijnej”[5]. Jest to w gruncie rzeczy obojętne. „Nie myślimy o znaczeniu słowa wtedy, kiedy je wypowiadamy, ponieważ wypowiadanie tego słowa ma nas zaprowadzić głębiej niż myśl.”[6] Dlatego też „po wybraniu słowa do medytacji należy «odrzucić jego znaczenie i związane z nim skojarzenia i wsłuchać się w jego dźwięk»”[7].

Jeśli współczesnemu czytelnikowi tak opisana praktyka medytacji mantrycznej skojarzy się w oczywisty sposób z hinduizmem i z jogą, to zostanie szybko uspokojony: „W nauczaniu Jana Kasjana, mnicha pustyni z IV wieku, w jego Rozmowach, zwłaszcza dziewiątej i dziesiątej, znajdziemy bardzo konkretne wskazówki, jak doprowadzić umysł do spokoju, ciszy i prostoty. W tej właśnie tradycji uczymy. Oczywiście rozwinęła się ona we wspaniałe szkoły duchowości – prawosławna tradycja modlitwy Jezusowej (...). Wszystko to wywodzi się z nauczania Jezusa”[8].  

3. Jak odnieść się do takiej prezentacji metody medytacyjnej o. Freemana? Czy to prawda, że mamy tu do czynienia ze współczesną odnową tradycyjnej modlitwy starochrześcijańskiej? Że będziemy się modlić tak, jak uczył tego Jezus Chrystus? Czy to prawda, że mnisi starożytnego Kościoła też tak się modlili? Że wchodząc w szkołę medytacji WCCM znajdziemy się w tej samej tradycji modlitewnej, co prawosławie? Należy się obawiać, że odpowiedź na te pytania jest negatywna. Dlaczego?

Pierwsze wątpliwości ogarną nas, kiedy zechcemy sprawdzić twierdzenie, że „Ojcowie Pustyni proponowali bardzo prostą metodę medytacji. Zalecali, aby podczas medytacji powtarzać bez przerwy jakieś pojedyncze słowo lub krótkie wyrażenie”, a „praktyka ta doprowadza do ubóstwa ducha”. Jeśli przeczytamy odnośne teksty Kasjana, okaże się, że nie znajdziemy tam takiej nauki medytacji, o jakiej mówi o. Freeman.

Freeman cytuje Kasjana, pomijając jednak treść rzekomej mantry, która, oczywiście, jest o wiele za długa jak na nośnik dźwięku bez pojęciowego znaczenia: „Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu; Panie, pośpiesz ku ratunkowi memu!”. W oczywisty sposób nie chodzi tu o jakąś formułę, której brzmienie jest nieistotne, na której treść mamy nie zwracać uwagi. Wręcz przeciwnie, Kasjan z naciskiem naucza, że właśnie znaczenie tej krótkiej formuły niesie cały sens tak praktykowanej modlitwy.

Oto prawdziwa zachęta Kasjana do medytacji za pomocą krótkiej formuły modlitewnej: jest to wołanie, w którym mieszczą się „wszystkie uczucia”; zawarte jest tu „wołanie do Boga w niebezpieczeństwie”; jest w nim „miłość i płomienie”; „przypomina, że Ten, do kogo się zwracamy, widzi nasze zmagania”[9].

Widać jasno, że istotą mocy tego wersetu jest jego zrozumiała treść, polegająca na żywym dialogu z Bogiem, a nie jego dźwięk w oderwaniu od treści biblijnego zdania. Nie jest to więc w żadnym razie medytacja prowadząca do oderwania od znaczenia wypowiadanych słów. Jeśli szukać jakichś bliskich nam analogii, jest to po prostu tak zwana „modlitwa strzelista”, a więc krótkie wezwanie skierowane do Boga gorącym sercem.

Owszem, jest tam pewne zewnętrzne podobieństwo do mantrowania: „nieustannie powtarzajmy tę modlitwę (...), nie przestawajmy śpiewać w pracy, w podróży (...). Niech [te słowa będą] na naszych ustach i na ścianach domu, a przede wszystkim w naszym sercu”[10]. To prawda także, że ma prowadzić do uwolnienia od zbędnych i grzesznych myśli: „Niech tej właśnie formy modlitwy tak długo trzyma się dusza, aż wzmocniona jej nieustannym powtarzaniem i rozmyślaniem, porzuci zbytek wszelkich innych myśli (...). Właściwe znaczenie (...) świętych Pism poznajemy (...) poprzez osobiste przeżycia”[11]. Ale bynajmniej nie chodzi tu o czyste brzmienie dźwięku rzekomej mantry, ale o modlitewne zdanie mające konkretną treść i przesłanie: „jeśli chcecie zawsze pamiętać o Bogu, powtarzajcie nieustannie następujące wezwanie: Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu; Panie, pośpiesz ku ratunkowi memu! (...) z całego skarbca Pisma Świętego wybrano właśnie to jedno, albowiem mieszczą się w nim wszystkie uczucia, jakie rodzą się w człowieku (...). Jest w nim miłość i płomienne przywiązanie (...), przypomina, że Ten, do kogo się zwracamy, widzi nasze zmagania i blisko jest wszystkich, którzy Go wzywają”[12].

Jeszcze ważniejsze od naszych współczesnych impresji na temat modlitwy egipskich mnichów jest wrażenie, jakie odnosili im współcześni. Starożytni chrześcijanie mieli przecież większe szanse dobrego zrozumienia nauk chrześcijańskich mistrzów modlitwy z Egiptu niż my, którzy żyjemy prawie półtora tysiąca lat później. Oto co myślał o tej metodzie modlitwy współczesny Kasjanowi św. Augustyn: „Bracia w Egipcie odmawiają często modlitwy, ale bardzo krótkie i niejako w pośpiechu, tak aby należyte skupienie, niezbędne na modlitwie, na skutek upływu czasu nie osłabło i nie zanikło zupełnie. W ten sposób pouczają, że nie należy wymuszać skupienia, kiedy się nie potrafi dłużej utrzymać, ani też przerywać rychło modlitwy, kiedy uwaga umysłu trwa dalej”[13].  

4. Tak więc wcale nie jest prawdą, jakoby starożytni chrześcijanie modlili się tak, jak uczy tego o. Freeman oraz szkoła WCCM. Wydaje się raczej, że jest to zupełna nowość na terenie chrześcijańskim. I że jest to nowość bazująca bardziej na tradycji hinduizmu niż na tradycji chrześcijańskiej. A jeśli tak, to wypada to jawnie przyznać, w przeciwnym razie trudno uniknąć zarzutu wprowadzania w błąd. Dopiero po stanięciu na gruncie historycznej prawdy można zacząć dyskusję o pożytkach tej nowej formy medytacji. Znamy wiele argumentów entuzjastów tej metody. Warto przytoczyć też stary argument o. Hansa Ursa von Balthasara (powołanego niegdyś przez Jana Pawła II do grona kardynałów). 40 lat temu napisał artykuł pod znamiennym tytułem: Medytacja jako zdrada[14]. W tym właśnie kontekście cytuje św. Pawła: „Obawiam się jednak, ażeby nie były odwiedzione umysły wasze od prostoty i czystości wobec Chrystusa w taki sposób, jak w swojej chytrości wąż zwiódł Ewę. Jeśli bowiem przychodzi ktoś i głosi wam innego Jezusa, jakiego wam nie głosiliśmy, lub bierzecie innego Ducha, którego nie otrzymaliście, albo inną ewangelię, nie tę, którą przyjęliście – znosicie to spokojnie” (2 Kor 11,3-4).



[1] L. Freeman, Jezus. Wewnętrzny nauczyciel, tłum. E. E. Nowakowska, Wydawnictwo Homini, Kraków 2007, s. 249.

[2] Tenże, Praktyka medytacji chrześcijańskiej. Konferencje, rozmowy, świadectwa, oprac. J. M. Bereza OSB, Wydawnictwo Homini, Kraków 2004, s. 19.

[3] Tenże, Jezus, dz. cyt., s. 251.

[4] Tenże, Pielgrzymka wewnętrzna. Podróż medytacyjna, tłum. A. Ziółkowski, Wydawnictwo Homini, Kraków 2007, s. 58-59.

[5] Tenże, Praktyka medytacji, dz. cyt., s. 32.

[6] Tamże, s. 20.

[7] Tamże, s. 112.

[8] Tamże, s. 88.

[9] Jan Kasjan, Rozmowa z Abba Izaakiem, X,10,10, w: Rozmowy z ojcami, t. I, tłum. A. Nocoń, ŹM 28, Wydawnictwo Benedyktynów TYNIEC, Kraków 2002, s. 431-432.

[10] Tamże, X,10,14-15, s. 436.

[11] Tamże, X,11,1.5, s. 437.439.

[12] Tamże, X,10,2-4, s. 431-432.

[13] Św. Augustyn, List do Proby, List 130,9.

[14] H. Urs von Balthasar, Meditation als Verrat, „Geist und Leben” 50/1977, nr 4, s. 260-268.


[2013]