sobota, 3 kwietnia 2010

„Przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie” (2 Tm 1) — miłość do Jezusa źródłem odnowy duchowej


bp Andrzej Siemieniewski

 

„Przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie” (2 Tm 1)  — miłość do Jezusa źródłem odnowy duchowej

 

„Wewnętrzna przyjaźń z Jezusem, do której przecież wszystko się sprowadza”[1] — oto definicja chrześcijaństwa podana trzy lata temu przez papieża Benedykta.

„Tajemnica chrześcijańskiej wiary wymaga, aby wierni w nią wierzyli, celebrowali ją i żyli nią w żywym i osobistym związku z Bogiem żywym i prawdziwym” — tak streszczał istotę naszej wiary Katechizm Kościoła Katolickiego (KKK 2558).

„A to jest życie wieczne: aby znali Ciebie, jedynego prawdziwego Boga, oraz Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa” (J 17,3) — to z kolei sformułowanie z Ewangelii Janowej, będące natchnieniem dla tylu pokoleń chrześcijan od dwudziestu wieków.

A przecież przyjaźń, osobisty związek serca, poznanie Boga to nic innego, jak synonimy słowa „miłość”, które stało się tematem naszego spotkania: „miłość do Jezusa źródłem odnowy duchowej”, gdyż „osoba konsekrowana z miłości jest zrodzona i do miłości powołana.

Jeśli mottem naszego spotkania stają się teraz słowa: „Przypominam ci, abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie” (2 Tm 1), to koniecznie w złączeniu z innym tekstem św. Pawła: „miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5). Bez słowa „miłość” i bez słowa „serce” nie sposób zrozumieć, o jaki płomień chodzi, gdy mówimy o rozpaleniu charyzmatu. A wraz z tymi słowami przychodzi zrozumienie: to Żywy płomień miłości — jak zatytułował swe dzieło św. Jan od Krzyża:

 

„Tym płomieniem miłości jest duch jej Oblubieńca, to jest Duch Święty. Czuje Go dusza w sobie nie tylko jako ogień, który ją ogarnął i przemienił w słodką miłość, lecz również jako ogień, który nadto płonie w niej samej i czyni ją płomieniem”[2].

 

Ważnym aspektem miłości jest jedność woli; według starołacińskiej maksymy: Idem velle atque idem nolle, tego samego pragnąć i tego samego nie chcieć. Albo, jak sformułował to papież Benedykt XVI:

 

Historia miłości między Bogiem a człowiekiem polega na tym, że wspólnota woli wzrasta w jedności myśli i uczuć, i w ten sposób nasza wola i wola Boga stają się coraz bardziej zbieżne: wola Boża przestaje być dla mnie obcą wolą, którą narzucają mi z zewnątrz przykazania, ale staje się moją własną wolą[3].

 

Nie inaczej we wspomnianym dziele św. Jana od Krzyża:

 

„W tym płomieniu łączą się i wznoszą akty woli, porwane i pochłonięte przez żar Ducha Świętego. […] Dusza nie może wykonywać owych aktów, jeśli Duch Święty nie działa i nie pobudza jej do nich”[4].

 

Jeśli tak, to chcę zaproponować skoncentrowanie się na tym aspekcie Bożej miłości rozlanej w sercu chrześcijanina, którym jest dążenie do radosnego przyjęcia woli Bożej: „wola Boża staje się moją wolą: w konsekwencji wzrasta nasze oddanie Bogu i Bóg staje się naszą radością[5]. Skoro zaś tak niedawno przeżywaliśmy piątą rocznicę odejścia Jana Pawła II z tego świata do domu Ojca, to niech właśnie jego wskazania staną się dla nas szczególnym natchnieniem. Niech Sługa Boży przypomni nam charakterystyczny dla chrześcijaństwa sposób rozumienia powołania: jest ono początkiem czegoś radykalnie nowego w życiu; wypływająca z tej przemiany nowa misja jest darowaną przez Boga konsekwencją; zaś dostosowanie życia do otrzymanej nowości jest warunkiem, który człowiek powinien spełnić.

W perspektywie tej logiki rozważymy następnie prezentowaną przez papieża trójdzielną wizję jednoczenia woli człowieka i woli Bożej w postaci posłuszeństwa: jawi się ono jako posłuszeństwo apostolskie, wspólnotowe i pastoralne. Sięgniemy obficiej po te słowa Jana Pawła II, które odnoszą się do posłuszeństwa kapłańskiego w jego adhortacji Pastores dabo vobis. Ale w sposób naturalny można je rozciągnąć także na te osoby życia konsekrowanego, które nie mają święceń kapłańskich, gdyż na inny sposób też przecież żyją tym potrójnym posłuszeństwem. W roku kapłańskim przeżywanym pod patronatem św. Jana Vianneya możemy sobie zapewne pozwolić na takie ukierunkowanie rozważań.

Pomogą nam w tym też przywołane z najdawniejszej historii Kościoła świadectwa Tradycji. W ich świetle tym łatwiej można cieszyć się faktem, że pomimo upływu wieków nauka o posłuszeństwie zarówno całego kapłańskiego ludu Bożego, jak i wyświęconych pasterzy oraz osób życia konsekrowanego to jeden z aspektów „wiary raz tylko przekazanej świętym” (Jud 3).

 

1. Logika życia z wiary: osoba-misja-egzystencja

 

Dla znajomości katolickiej wizji posłuszeństwa absolutnie centralne znaczenie ma adhortacja Jana Pawła II Pastores dabo vobis z 1992 roku. Jest to najobszerniejszy ze wszystkich dokumentów polskiego papieża. Już nawet ten prosty fakt sygnalizuje wagę przywiązywaną przez Jana Pawła II do tej problematyki. W Pastores dabo vobis nie mogło zabraknąć tematu posłuszeństwa: posłuszeństwo chrześcijańskie, charakteryzujące każdego chrześcijanina jako ucznia Jezusa, nabiera w opisie papieskiej adhortacji szczególnej charakterystyki.

Punktem wyjścia dla nauczania o posłuszeństwie w tym tekście stała się dla Jana Pawła II prawda o działaniu Ducha Świętego:

 

„«Duch Pański spoczywa na Mnie» (Łk 4,18). Duch Święty dany w sakramencie kapłaństwa jest źródłem świętości i wezwaniem do uświęcenia nie tylko dlatego, że upodabnia kapłana do Chrystusa Głowy i Pasterza Kościoła i powierza mu misję prorocką, kapłańską i królewską do spełnienia w imieniu i w zastępstwie Chrystusa, lecz także dlatego, że ożywia jego codzienną egzystencję, wzbogacając ją darami i wymaganiami, zaletami i natchnieniami, które składają się na miłość pasterską” (PDV, 27).

 

Działanie Ducha Bożego w wyświęconym kapłanie jest więc trojakie: po pierwsze, zmienia On nieodwołalnie osobę konsekrowaną. Podobnie jak chrzest jest nieodwracalną zmianą człowieka w chrześcijanina, jak sakrament małżeństwa czyni z osoby chrześcijanina nieodwołalnie męża lub żonę, tak śluby zakonne zmieniają chrześcijanina w osobę życia konsekrowanego, a święcenia — człowieka powołanego do kapłaństwa w prezbitera Kościoła. Jest to istotna zmiana osoby, która staje się kimś innym, odmiennym niż uprzednio, kimś nowym.

Po drugie, zmieniona w ten sposób osoba jest wezwana do pełnienia misji niekoniecznie na mocy nadzwyczajnych, wyróżniających ją zdolności osobistych, ale raczej na mocy uprzedniej konsekracji, a więc właśnie w mocy Ducha Świętego.

Po trzecie wreszcie, Duch Boży kształtuje codzienne życie kapłańskie. Egzystencja ustanowionego prezbitera ma zyskiwać inną, odmienioną formę.

Dopiero z faktu konsekracji wynika więc możliwość posłania z misją, a z faktu misyjnego wysłania wynika potrzeba uformowania życia tak, by do misji pasowało. Na tej drodze papież dochodzi do zagadnienia potrzeby życia ewangelicznym radykalizmem, czyli zdecydowanego dostosowania życia do wymogów zapisanych w Ewangelii Jezusa Chrystusa. Tu właśnie znajdziemy zajmujący nas dzisiaj temat posłuszeństwa jako wyrazu miłości do Jezusa, stopniowego jednoczenia woli człowieka z wolą Bożą:

 

„Nie bierzcie wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu, abyście umieli rozpoznać, jaka jest wola Boża: co jest dobre, co Bogu przyjemne i co doskonałe” (Rz 12,2).

 

Nowy Testament opisuje formę życia Jezusa jako nacechowaną szczególnie trzema postawami:

- posłuszeństwa wobec Ojca,

- czystości serca w pełnieniu woli Ojca,

- ubóstwa w zdaniu się na opiekę Ojca.

Dlatego jako najbardziej wyraźne ujęcie radykalizmu ewangelicznego w perspektywie kapłańskiego życia Jan Paweł II stawia rady ewangeliczne ogłoszone w Kazaniu na górze, czyli na pierwszym miejscu „rady posłuszeństwa, czystości i ubóstwa” (PDV, 27):

 

„Jezus Chrystus, który na krzyżu objawia doskonałość swojej miłości pasterskiej poprzez bezgraniczne ogołocenie zewnętrzne i wewnętrzne, jest wzorem i źródłem cnót posłuszeństwa, czystości i ubóstwa. Kapłan jest wezwany, by przez praktykę tych cnót wyrazić swą pasterską miłość do braci. Zgodnie z tym, co Paweł pisze do chrześcijan z Filippi, kapłan winien mieć «te same dążenia» co Jezus, ogołacając się z własnego «ja», by odnaleźć w miłości posłusznej, czystej i ubogiej główną drogę do zjednoczenia z Bogiem i jedności z braćmi (por. Flp 2,5)” (PDV, 30).

 

Z pewnością posłuszeństwo jest cechą wymaganą od każdego człowieka wierzącego: wezwanie „Słuchaj Izraelu” (Pwt 6,4) zakłada przecież z całą oczywistością nie tylko samo usłyszenie wezwania, ale i pójście za nim: „Kładę przed wami błogosławieństwo, jeśli usłuchacie poleceń waszego Boga” (por. Pwt 11,26-27). Posłuszeństwo należy do koniecznych wymogów stawianych każdemu, kto chce być chrześcijaninem: w przypowieści o dwóch synach jeden „odpowiedział: «Idę, Panie», lecz nie poszedł; drugi odparł «Nie chcę», później jednak opamiętał się i poszedł” (por. Mt 21,29-30); i tylko ten drugi zasłużył na wejście do królestwa.

Jednak, przypomina papież, „chodzi tu o posłuszeństwo, które w życiu duchowym kapłana nabiera pewnych szczególnych cech” (PDV, 28). Te szczególne cechy nazwane zostały za pomocą trzech określeń: posłuszeństwo ma więc być apostolskie, wspólnotowe i pastoralne. Te właśnie trzy aspekty posłuszeństwa zajmą nas w kolejnej części naszej refleksji.

 

2. Oblicza posłuszeństwa

 

a. Posłuszeństwo apostolskie

Posłuszeństwo apostolskie to pewna postawa serca człowieka, który „uznaje i miłuje Kościół oraz służy mu w jego strukturze hierarchicznej” (PDV, 28). Warto odwołać się tu do pewnego doświadczenia z samych początków posługi Benedykta XVI. Papież w swojej homilii do seminarzystów na XX Światowych Dniach Młodzieży z dnia 19 sierpnia 2005 przywołał obraz mędrców ze Wschodu, którzy „weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon” (Mt 2,11): przypomniał przy tym, że ten wspomniany w Ewangelii dom może służyć jako obraz Kościoła. Aby zobaczyć całe bogactwo Jezusa, aby prawdziwie w pełni oddać Mu pokłon, trzeba wejść do domu Kościoła. Tylko we wnętrzu wierzącej wspólnoty można przeżyć pełnię Dobrej Nowiny. I nie jest to jakakolwiek wspólnota utworzona przez ludzi na podstawie ich wcześniejszej, osobistej wiary, ale wspólnota, która właśnie uprzedza wiarę człowieka: wspólnota ta była przede mną i ja do niej wchodzę, by od niej uczyć się wiary. To jest najgłębszy sens kapłańskiego posłuszeństwa apostolskiego: szacunek do wspólnoty, do której zostałem zaproszony; nie jest ona moim wytworem, którym mógłbym dowolnie manipulować i przekształcać go. Taki też jest sens zaproszenia do realizacji swojego powołania we wspólnocie zakonnej, której istnienie uprzedza osobę odczytującą dziś swoje powołanie.

Tradycja ta, powtórzona w roku 2005 przez pasterza Kościoła powszechnego, jest identyczna z tą, która przez podobnego mu pasterza była z całą oczywistością ogłaszana u samych początków chrześcijaństwa. Klemens Rzymski pisał w swoim liście do Koryntian:

 

„Niech więc zachowa swoją jedność to ciało, które tworzymy razem w Jezusie Chrystusie! Niech każdy okazuje posłuszeństwo temu ze swych bliźnich, który został obdarzony stosownym charyzmatem”[6].

 

Z kontekstu całości listu i natury sporu w Koryncie wynika, że chodzi tu o posłuszeństwo prawnie ustanowionym prezbiterom. Zgodnie z nauczaniem św. Pawła (1 Tm 4,14, 2 Tm 1,6) Klemens nazywa dar pasterzowania wśród wierzących charyzmatem i podporządkowuje mu inne dary, jak dar mądrości lub bezżeństwa.

Piszący kilka lat później biskup Ignacy z Antiochii w równie ciekawy sposób łączy charyzmatyczne objawienie z obowiązkiem posłuszeństwa biskupom w Kościele, jako że to oni są gwarancją trwania w prawdzie: „Nie wiedziałem tego od żadnego człowieka. Duch [Święty] to głosił, mówiąc: «Nie czyńcie nic bez biskupa, strzeżcie swego ciała jako świątyni Bożej, kochajcie jedność, unikajcie podziałów»”[7].

Także autor Pasterza porusza kilkadziesiąt lat później ten sam problem: „Jak może człowiek poznać, kto jest prorokiem, a kto prorokiem fałszywym?”[8]. Gdyż niestety, jak się dowiadujemy, z takim problemem wyznawcy Ewangelii mieli wtedy często do czynienia. W Pasterzu można przeczytać, że istnieje kategoria wierzących, dla których fałszywe proroctwa nie są groźne: to ci, „co są wierni”, są „mocni w wierze i przyodziani w prawdę”. Jednym słowem, trwają niezmiennie w przekazanej im uprzednio prawdzie wiary, a nie są jak ci, co „wątpią i często zmieniają zdanie”[9]. Tradycja wyznawanej wiary wiąże się z istniejącym już uprzednio Kościołem, od którego fałszywy prorok stroni, tworząc sobie nowe grupy wyznawców na uboczu: „człowiek taki nie zbliża się do zgromadzenia mężów sprawiedliwych, lecz ich unika, wiąże się z wątpiącymi i próżnymi, a po kątach im prorokuje”[10].

Widać jasno, że jakkolwiek przy użyciu innych określeń i obrazów, tę samą jednak treść dotyczącą posłuszeństwa pasterzom i posłuszeństwa pasterzy przekazuje się w Kościele od samego początku wiary: aby zobaczyć Jezusa i właściwie oddać Mu pokłon, trzeba wejść do domu Kościoła, a jest to dom uporządkowany charyzmatyczną posługą hierarchicznych pasterzy. Dom ten jest wcześniejszy od osobistej wiary człowieka, który został zaproszony do tej domowej, rodzinnej, a zarazem hierarchicznie uporządkowanej wspólnoty. Trzeba „uznać i umiłować Kościół oraz służyć mu w jego strukturze hierarchicznej”, jak przypomniał tak niedawno Benedykt XVI. Powodem do jasnego stawiania tak trudnego wezwania jest troska o to, by za mającym pełnić misję pasterza w Kościele stała powaga nie tylko jego osobistych przekonań i opinii, ale raczej powaga całego Ciała Chrystusa, rozciągniętego po krańce ziemi i przez wszystkie wieki. W ten sposób kapłan: 

 

„przyjmuje nie tylko wymagania organicznego i zorganizowanego życia kościelnego, lecz także tę łaskę rozeznania i odpowiedzialności w podejmowaniu decyzji dotyczących Kościoła, które Jezus zapewnił swoim Apostołom i ich następcom, aby tajemnica Kościoła była wiernie strzeżona i aby cała wspólnota chrześcijańska w swej jednoczącej drodze ku zbawieniu otrzymywała odpowiedzialną posługę” (PDV, 28).

 

Jest to tradycja nieprzerwanie trwająca od czasów apostolskich. Czytamy przecież w Liście do Hebrajczyków:

 

„Bądźcie posłuszni waszym przełożonym i bądźcie im ulegli, ponieważ oni czuwają nad duszami waszymi i muszą zdać sprawę z tego. Niech to czynią z radością, a nie ze smutkiem, bo to nie byłoby dla was korzystne” (Hbr 13,17).

 

b. Posłuszeństwo wspólnotowe

Drugi wymóg posłuszeństwa, aspekt wspólnotowy, to z kolei poczucie jedności braterskiej ze współkapłanami czy współtowarzyszami życia konsekrowanego:

 

„Jest to głębokie włączenie w jedność presbyterium, które jest wezwane do zgodnej współpracy z biskupem i za jego pośrednictwem z następcą Piotra” (por. PDV, 28).

 

Autor słynnej biografii Papieża Jana Pawła II, Amerykanin George Weigel w swojej książce Odwaga bycia katolikiem[11] przypomniał niedawno zarówno o fatalnych skutkach źle rozumianego braterstwa kapłańskiego, jak i o zbawiennych owocach braterstwa w ewangelicznym wydaniu. Źle pojmowane przemienia się w fałszywą solidarność „członków kapłańskiego klubu”, kryjących nawzajem swoje błędy, grzechy, a nawet przestępstwa. W Stanach Zjednoczonych przełomu stuleci doprowadziło to do najpotężniejszego kryzysu w Kościele katolickim w historii tego kraju. Pojmowane dobrze staje się natomiast absolutnie koniecznym warunkiem stworzenia środowiska życia i duchowego wzrostu dla kapłana: w końcu Apostołowie nie zostali powołani do indywidualistycznego pójścia za Jezusem, ale zostali wcieleni do grona Dwunastu. Nie inaczej wypada przeżywać powołanie kapłańskie czy zakonne i dzisiaj.

Gdyby powrócić tu na chwilę do biblijnego zwyczaju św. Pawła odwoływania się do obrazów zaczerpniętych ze świata sportu, można by powiedzieć, że powołanie to gra zespołowa, a nie indywidualna wirtuozeria. Gramy jako członkowie drużyny, pamiętając o funkcji przyznanej nam przez kapitana drużyny. Gole strzelamy do jednej bramki, działając jako zgrany zespół zawsze mający przed oczami cel meczu i jasno ustalone reguły gry. Tylko wtedy będziemy mogli powiedzieć najpierw: „winniśmy biec wytrwale w wyznaczonych nam zawodach” (Hbr 12,1), a wreszcie, za Apostołem: „w dobrych zawodach wystąpiłem: na ostatek odłożono dla mnie wieniec” (por. 2 Tm 4,7-8).

Wezwanie do wspólnotowego posłuszeństwa na kształt drużyny o zespołowym duchu nie jest łatwe, zwłaszcza w dzisiejszym świecie absolutyzującym wolność osobistą i niezależność zarówno od autorytetów, jak i w ogóle od stałych i nienaruszalnych więzi międzyludzkich. W kręgu kultury zachodniej łatwiej dziś podziwiać ducha kontestacji, podważania autorytetów, kwestionowania tradycji. Wszystkie te postawy bywają oczywiście potrzebne, ale ich absolutyzacja kończy się anarchią duchową. Budowanie rodziny, w tym wypadku rodziny Kościoła, wymaga stanowczo zrównoważenia postawą wspólnotowego posłuszeństwa kapłanów i osób życia konsekrowanego. Jest to konieczne, najpierw dla przypomnienia prawdy o społecznej naturze człowieka i — co o wiele ważniejsze — o społecznym charakterze wspólnoty nadprzyrodzonej, kościelnej:

 

„Dojrzałość ludzka, a zwłaszcza uczuciowa, wymaga autentycznej i solidnej formacji do wolności, która polega na konsekwentnym i szczerym posłuszeństwie wobec «prawdy» własnego istnienia, wobec «sensu» własnego życia, czyli wobec «bezinteresownego daru z siebie samego» jako drogi i najważniejszej treści prawdziwej samorealizacji” (PDV, 4).

 

Prawdy własnego istnienia nie można zaś przeżywać inaczej, niż opisuje to Boże Objawienie. Nawet człowiek o tak wielkiej indywidualności i tak fundamentalnym znaczeniu dla Kościoła, jak św. Paweł, uznał prawdę swojego powołania do hierarchicznej wspólnoty:

 

„Udałem się do Jerozolimy i przedstawiłem im Ewangelię, którą głoszę wśród pogan, osobno tym, którzy się cieszą powagą, by stwierdzili, czy nie biegnę lub nie biegłem na próżno; uznawszy daną mi łaskę, Jakub, Kefas i Jan, uważani za filary, podali mnie i Barnabie prawice na znak wspólnoty” (por. Ga 2,1-2.9).

 

Tak rozumiany „duch zespołowy” w zawodnikach powołanych do drużyny Bożej przez Jezusa Chrystusa (czyli właśnie posłuszeństwo wspólnotowe) był faktycznym kryterium przydatności danego pasterza do posługi także w następnych pokoleniach Kościoła w czasach starożytnych. Za ilustrację niech nam posłuży pewien tekst św. Hipolita. Autor ten niedługo po roku 200 zwięźle opisał swoją obserwację, jak przejawiało się wspólnotowe nieposłuszeństwo w Kościele i jak przeciwstawiano mu właściwie pojęte posłuszeństwo:

 

„Niejaki Noetos głosił, że sam jest Mojżeszem, a jego brat Aaronem. Kiedy więc błogosławieni prezbiterzy dowiedzieli się o głoszonej przez niego nauce, wezwali go i przesłuchali przed obliczem Kościoła. Noetos początkowo zaprzeczył, jakoby wyznawał podobne poglądy. Później jednak oddalił się, a zgromadziwszy wokół siebie gromadkę zwolenników, usiłował już otwarcie bronić swej nauki.

Błogosławieni prezbiterzy ponownie wezwali go do siebie i udzielili mu nagany. Wówczas Noetos zaczął z nimi polemizować; pytał: «Czy robię coś złego, jeśli sławię Chrystusa?». [Prezbiterzy] potępili go i usunęli z Kościoła.

Noetosa zaś ogarnęła taka pycha, że zorganizował szkołę. Jego zwolennicy usiłują swe twierdzenia poprzeć autorytetem nauki [Pisma] […]. Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej: Pismo zawiera słuszną naukę, ale Noetos opacznie ją pojmuje”[12].

 

Mamy tu zarysowane najważniejsze etapy procesu narastania kryzysu posłuszeństwa wspólnotowego: najpierw głoszenie dziwnej i niepokojącej nauki w ramach Kościoła katolickiego. Potem reakcję właściwych pasterzy Kościoła, co prowadzi do wyparcia się własnych poglądów przez charyzmatycznego przywódcę niepokoju. Jednak nie zaprzestaje on wcale swej działalności, tyle że teraz dzieje się to już skrycie, w celu zgromadzenie odpowiedniej ilości zwolenników. Na tym etapie dobrze służy mu, jak się wydaje, hasło: „Przecież ja też, tak jak wy, głoszę Jezusa − co macie mi do zarzucenia?”. W końcu zaś, po postawieniu kategorycznego wymogu podporządkowania się ustalonej nauce Kościoła, następuje zorganizowanie odrębnych struktur kościelnych z motywacją: „To właśnie ja uczę tak, jak uczy Biblia”.

 

c. Posłuszeństwo pastoralne

Trzeci ze wspomnianych przez Jana Pawła II wymiarów posłuszeństwa ma charakter, jak zostało to nazwane, „pastoralny”. To równie ważny jak oba poprzednie aspekt posłuszeństwa, choć tak często zapominany przy omawianiu tego tematu. Polega on na tam, aby kapłan czy osoba konsekrowana przeżywali swoje życie „w klimacie stałej dyspozycyjności”, by „wręcz pozwalali się «pochłonąć» potrzebom i wymaganiom owczarni”. W świadkach, którzy na co dzień oglądają życie takiej osoby, ma stopniowo narastać pewność, że „życie prezbitera całkowicie «wypełnia» głód Ewangelii, wiary, nadziei, miłości Boga i Jego tajemnicy, który w sposób mniej lub bardziej uświadomiony jest obecny w powierzonym kapłanowi Ludzie Bożym” (por. PDV, 28).

Podobnie jak poprzednie formy posłuszeństwa, tak i posłuszeństwo pastoralne ma się przejawiać już od początków realizacji powołania, od lat formacji, a więc jeszcze przed objęciem właściwych duszpasterskich posług i misji. Ma stać się normą porządkującą nabyte uprzednio, subiektywne doświadczenia apostolskie. Na przykład, przy całej otwartości dla dynamizmu i skuteczności nowych ruchów odnowy Kościoła, Jan Paweł II jednak napisał:

 

„Jest konieczne, aby młodzieńcy wywodzący się ze stowarzyszeń i ruchów kościelnych uczyli się w nowej wspólnocie seminarium, zjednoczonej wokół biskupa, «szacunku dla innych form duchowości, dialogu i współpracy», aby chętnie i konsekwentnie stosowali się do wychowawczych wskazówek biskupa oraz wychowawców w seminarium, poddając się z wielką ufnością ich kierownictwu oraz ich osądom” (PDV, 68).

 

Znajdziemy tu pełną analogię z nauczaniem chrześcijan starożytnych. Na przykład w czwartym wieku św. Cyryl Jerozolimski przypomniał to, czego uczniowie dowiedzieli się już kilka wieków wcześniej od Apostoła: istnieje hierarchia obdarowań w Kościele, a na straży porządku i prawowierności wiary stoją Apostołowie i ich następcy, biskupi. Dopiero po nich przychodzą podporządkowani im nauczyciele wiary oraz charyzmatyczni prorocy i czyniący cuda:

 

„Ustanowił Bóg w powszechnym Kościele — jak mówi Paweł — najpierw Apostołów, po wtóre proroków, po trzecie nauczycieli, a następnie tych, co mają dar uzdrawiania, wspierania pomocą, rządzenia oraz przemawiania rozmaitymi językami”[13].

 

Podobnie w naszych czasach, przypomina tekst adhortacji papieskiej, „należne miejsce w formacji duchowej zajmuje wychowanie do posłuszeństwa” (obok wychowania do pozostałych rad ewangelicznych — do celibatu i do ubóstwa), ponieważ formowani „winni rozumieć, że nie są przeznaczeni do panowania i do zaszczytów, ale że poświęcają się całkowicie na służbę Bogu oraz posługę duszpasterską”. To właśnie dlatego „należy ich wychowywać w posłuszeństwie kapłańskim, w sposobie ubogiego życia i w duchu wyrzeczenia się”, aby „przyzwyczajali się upodabniać do ukrzyżowanego Chrystusa” (PDV, 49).

 

3. Kościelne posłuszeństwo wiary dzięki posłuszeństwu kapłanów

 

Katolicka wizja posłuszeństwa nie jest zaczerpnięta z wzorców tego świata, by upodobnić Kościół na przykład do sprawnej armii lub wydajnej firmy. Argumentacje za potrzebą posłuszeństwa czerpiące z tego rezerwuaru skojarzeń, niekiedy spotykane, chybiają celu. Jeśli szukać właściwego źródła dla pojęcia kapłańskiego posłuszeństwa, to trzeba by je znaleźć w pojęciu Bożej rodziny: „jesteście współobywatelami świętych i domownikami Boga” (Ef 2,19). Posłuszeństwo to raczej dostosowanie się do rodzinnej atmosfery panującej od dwóch tysięcy lat we wspólnocie ludzi, o których Jezus powiedział: „kto pełni wolę Bożą, ten mi jest bratem, siostrą i matką” (Mk 3,35). Posłuszeństwo służy temu, aby cały lud Boży żył w „posłuszeństwie wiary” (por. Rz 1,5). W Pastores dabo vobis zostało to bardzo jasno powiedziane i to już na samym początku tego dokumentu:

 

„Bez kapłanów Kościół nie mógłby przeżywać przede wszystkim tego podstawowego posłuszeństwa, które zakorzenione jest w samym sercu egzystencji Kościoła oraz jego misji w dziejach: posłuszeństwa wobec polecenia Jezusa «idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody» (Mt 28,19), a także «to czyńcie na moją pamiątkę» (Łk 22,19; por. 1 Kor 11,24), czyli nie mógłby wypełniać nakazu głoszenia Ewangelii i ponawiania każdego dnia ofiary Jego Ciała, które wydał, oraz Jego Krwi, którą przelał za życie świata” (PDV, 1).

 

Pawłowe słowa o wzywaniu do posłuszeństwa wierze pojawiają się w adhortacji Jana Pawła II właśnie w kontekście posługi głoszenia:

 

„Kapłan jest przede wszystkim szafarzem Słowa Bożego, jest konsekrowany i posłany, by głosić wszystkim Ewangelię o Królestwie, wzywając każdego człowieka do posłuszeństwa wiary i prowadząc wierzących ku coraz głębszemu poznaniu i uczestniczeniu w tajemnicy Boga, objawionej i przekazanej nam w Chrystusie” (PDV, 26).

 

Będzie to możliwe tylko wtedy, jeśli osoba powołana najpierw sama stanie się posłuszna objawionemu słowu Bożemu, Pismu św.: musi „z sercem uległym i rozmodlonym zbliżać się do Słowa, aby ono przeniknęło do głębi jego myśli i uczucia i zrodziło w nim nową mentalność — «zamysł Chrystusowy» (1 Kor 2,16) — tak aby jego słowa, a jeszcze bardziej jego decyzje i postawy były coraz bardziej wyrazistym głoszeniem i świadectwem Ewangelii” (PDV, 26).

 

 

* * * * * * * * * *

 

Wspomniane wyżej trzy aspekty posłuszeństwa (apostolski, wspólnotowy, pastoralny) znajdują swoją jednoczącą motywację nie gdzie indziej, jak w posłuszeństwie ucznia wobec słowa Mistrza: „Jedynie «trwając» w Słowie, kapłan stanie się doskonałym uczniem Jezusa, pozna prawdę i będzie rzeczywiście wolny, zdolny stawić czoło wszelkim okolicznościom przeciwnym i obcym Ewangelii (por. J 8,31-32)” (PDV, 26). Posłuszeństwo ustanowionym, apostolskim nauczycielom w Kościele, do jakiego jest zobowiązany każdy szafarz Słowa Bożego, to nic innego jak sposób trwania w posłuszeństwie Temu, który posłał Apostołów: „kapłan powinien być pierwszym «wierzącym» w Słowo, w pełni świadomym, że słowa jego posługi nie są «jego», lecz należą do Tego, który go posłał; nie jest on panem Słowa: jest jego sługą; nie jest jedynym posiadaczem tego Słowa: jest dłużnikiem Ludu Bożego” (PDV, 26).

Posłuszeństwo to nie może być czymś statycznym, rodzajem biernego „nie odbiegania od normy”. Ma być dynamiczne i nieustannie pogłębiane: „właśnie dlatego że głosi Ewangelię i po to, aby mógł to czynić, kapłan — tak jak Kościół — powinien pogłębiać świadomość, że sam musi być nieustannie ewangelizowany” (PDV, 26). Posłuszeństwo wierze ma bardzo praktyczny wymiar jedności duchowej z mającą już dwa tysiące lat rodziną żywej wiary, z Kościołem katolickim: „aby zagwarantować sobie i wiernym, że przekazuje całą Ewangelię, kapłan jest wezwany do pielęgnowania szczególnej wrażliwości, miłości i otwarcia wobec żywej Tradycji Kościoła i jego Urzędu Nauczycielskiego: nie są one bowiem Słowu obce, ale służą jego właściwej interpretacji i strzegą jego prawdziwego sensu” (PDV, 26).

Na zakończenie naszych rozważań o posłuszeństwie rozumianym biblijnie, jako rozpalenie pragnieniem pełnienia woli Bożej, rozważań inspirowanych tekstami na ten temat zaczerpniętymi z adhortacji Jana Pawła II Pastores dabo vobis przypomnijmy sobie: przyjaźń, osobisty związek serca, poznanie Boga to nic innego jak synonimy tego słowa miłość, które stało się tematem naszego spotkania: „miłość do Jezusa źródłem odnowy duchowej”, gdyż „osoba konsekrowana z miłości jest zrodzona i do miłości powołana.

W tym właśnie duchu „bądźcie posłuszni waszym przełożonym i bądźcie im ulegli, ponieważ oni czuwają nad duszami waszymi i muszą zdać sprawę z tego” (Hbr 13,17).



[1] Benedykt XVI, Jezus z Nazaretu, t. I, Kraków 2007, s. 6.

[2] św. Jan od Krzyża, Żywy płomień miłości, I, 3.

[3] Benedykt XVI, Deus caritas est, 17.

[4] św. Jan od Krzyża, Żywy płomień miłości, I, 4.

[5] Benedykt XVI, Deus caritas est, 17.

[6] Klemens Rzymski, List do Kościoła w Koryncie, XXXVIII, 1.

[7] Ignacy Antiocheński, List do Kościoła w Filadelfii, VII.

[8] Hermas, Pasterz, 43,7.

[9] Hermas, Pasterz, 43,1.4.

[10] Hermas, Pasterz, 43,13.

[11] G. Weigel, Odwaga bycia katolikiem, Kraków 2004.

[12] Hipolit, Przeciw Noetosowi, 1-2.

[13] Cyryl Jerozolimski, Katecheza 18, 27.


[2010] 



Strona internetowa bpa Andrzeja Siemieniewskiego



Serdecznie zapraszamy na nowo powstałą stronę internetową z publikacjami bpa Andrzeja Siemieniewskiego. 


https://siemieniewski.pl/



piątek, 2 kwietnia 2010

Kapłan wobec współczesnych znaków czasu. Priorytety na dziś


bp Andrzej Siemieniewski

 

11 V 2010: Rok kapłański
Kapłan wobec współczesnych znaków czasu. Priorytety na dziś

 

W Wielki Piątek 2010 roku tuż przed godziną 18.00 wyjeżdżałem samochodem do podwrocławskiej parafii. Minąłem katedrę, w której pełni skupienia wierni gromadzili się już stopniowo na adorację krzyża. Kilka minut później znalazłem się obok miejskiego placu o radykalnie odmiennej scenerii: rozświetlona karuzela, migoczący światłami diabelski młyn i hałaśliwa kolejka górska kusiły klientów w wielkopiątkowy wieczór i przypominały o zróżnicowaniu światopoglądowym naszego społeczeństwa. Nie dla wszystkich zapadający wieczór Wielkiego Piątku jest czasem liturgii Męki Pańskiej…

„Wygląd nieba umiecie rozpoznawać, a znaków czasu nie możecie?” (Mt 16,1-3). Jakie znaki czasu podpowiada chrześcijaninowi żyjącemu w 2010 roku wygląd nie tylko nieba, ale zwłaszcza naszej rodzimej ziemi? Wydaje się, że można zaproponować kilka zjawisk otaczającej nas kultury jako szczególnie wyraźne znaki czasu mające przy tym dominujący wpływ na kształtowanie mentalności środowiska, w którym przyszło pełnić posługę współczesnemu kapłanowi.

Mam tu na myśli trzy niezwykle intensywne fenomeny kulturowe:

- pluralizm światopoglądowy,

- wynikający z niego relatywizm moralny

- i będącą raczej przyczyną jednego i drugiego — radykalną globalizację, przemianę ludzkości w jedną, ogólnoświatową wioskę.

 1. Nadejście pluralizmu — odejście chrześcijaństwa?

Za punkt wyjścia niech posłuży nam pewien znamienny artykuł prasowy. Wiosną 2010 roku na łamach „Tygodnika Powszechnego” filozof Jan Hartman dzielił się z czytelnikami swoim przekonaniem, że pogłębiający się pluralizm religijny jest zwiastunem końca chrześcijaństwa:

 

„Może Bóg nas opuścił? A może Boga w ogóle nie ma? Te bluźnierstwa nie przypadkiem postały po raz pierwszy w głowach filozofów właśnie w XVII wieku, gdy okazało się, że Bóg nie raczył utrzymać Swego Kościoła w jedności. Odtąd zaczęła narastać wśród wiernych — katolików i protestantów — świadomość, że każdy wyznawca, chcąc nie chcąc, trwając przy swej wierze, dokonuje wyboru tego właśnie wyznania. Życie religijne utraciło naturalność i bezpośredniość, utraciło niewinność”[1].

 

Jeśli tak dramatyczna diagnoza odnosi się do pojawienia w zachodniej Europie wewnątrzchrześcijańskiego pluralizmu wyznaniowego, kiedy to zaistniała protestancka wersja chrześcijaństwa obok formy tradycyjnej, katolickiej, to cóż powiedzieć wobec nowego pluralizmu religijnego, gdy w Europie żyją obok chrześcijan miliony muzułmanów i buddystów?

Cóż powiedzieć wobec pluralizmu światopoglądowego, gdy obok ludzi religijnych w Europie żyje tak wielu agnostyków i ateistów? Wydaje się, że wtedy problem stanie się nieporównanie bardziej palący: jak być człowiekiem przekonanym o wyjątkowości i prawdziwości swojej wiary, gdy moi sąsiedzi czy koledzy z pracy żywią równie niezłomne przekonania religijne, tyle że sprzeczne z moimi?

Czyż jedynym logicznym wyjściem z tej kłopotliwej, pluralistycznej sytuacji nie powinno być uznanie względności roszczeń do religijnej, czy — szerzej — światopoglądowej prawdy? Czyż nie powinniśmy dotrzeć do konkluzji: wszystko jedno, w co kto wierzy, byle szczerze postępował za swoimi poglądami?

A co w tej kulturowej sytuacji ma począć katolicki ksiądz poza pokornym przyznaniem się do reprezentowania zaledwie jednej z wielu wersji radzenia sobie z metafizycznymi pytaniami człowieka? Nietrudno zauważyć, że świat nader często tego właśnie oczekuje od kapłana Kościoła katolickiego, że tylko wtedy przestaje wreszcie być niepokojącym znakiem sprzeciwu, a staje się kojącym znakiem duchowego konformizmu.

Taką ścieżkę podsuwa autor wspomnianego artykułu. Przytoczmy znowu jego słowa, gdyż wydają się nad wyraz reprezentatywne dla dość powszechnych wyobrażeń o roli — jak to się czasem ujmuje, urzędowych przedstawicieli religii katolickiej we współczesnym społeczeństwie:

 

„Nie będzie już religii! A jak do tego doszło? Ot, po prostu uznaliśmy za śmieszne, aby obstawać przy jednym objawieniu i jednym bogu, skoro tyle jest objawień i tylu innych bogów, człowiek zaś, wolny i rozumny, dorósł w końcu do tego, by zmierzyć się ze swą samotnością na szczytach natury”[2].

 

Nieoczekiwane pomnożenie pretendentów do prawdy w najbliższym sąsiedztwie wierzącego chrześcijanina to niewątpliwie znak czasów. Owszem, zawsze wiedziano, że istnieją saraceni i poganie, ale:

-  saraceni żyli w odległych stronach,

- a poganie w odległych czasach, lub przynajmniej za oceanem.

Jeśli jednak ów saracen jest kolegą z pracy, a poganin sąsiadem mieszkającym piętro wyżej… Czyż wyjściem nie będzie właśnie poczucie humoru, które pozwoli uznać za śmieszne, aby obstawać przy jednym objawieniu, skoro tyle jest objawień?

Dość już sygnalizowania problemu i stawiania pytań, czas na właściwą odpowiedź. Jeśli zaś ta odpowiedź ma być ewangeliczna, to jawi się jako olśniewająco prosta i oczywista:

 

chrześcijanin, dla którego naturalnym środowiskiem wiary jest świat Biblii, czuje się w pluralizmie współczesnego społeczeństwa jak ryba w wodzie.

 

Dlaczego? Gdyż właśnie świat Nowego Testamentu to świat pluralizmu religijnego.

2. Biblijny pluralizm

Pan Jezus głosił swoje przypowieści, czynił znaki Bożej mocy i wzywał do nawrócenia w środowisku, które bynajmniej nie było światopoglądowo jednorodne.

(1) Na kartach Ewangelii spotkamy wyznawców judaizmu podzielonych na różne frakcje religijne. Saduceusze, faryzeusze, uczeni w Piśmie: są poruszającą analogią znanych nam podziałów wyznaniowych w chrześcijaństwie.

(2) Reprezentujący pogranicze wiary biblijnej Samarytanie oraz obecni wśród spotykających Jezusa Grecy i Rzymianie: nasuwają porównanie do współczesnych przedstawicieli innych religii.

(3) A pytanie Piłata: „Cóż to jest prawda? (J 18,38) brzmi jak postmodernistyczne motto wyznawców współczesnej europejskiej mody intelektualnej.

Im bardziej pluralistyczna religijnie i światopoglądowo staje się dzisiejsza Europa, tym bardziej katolicki kapłan może mówić w swoim sercu: a więc wracamy do społecznych realiów początków Ewangelii! Nie jest to bynajmniej sytuacja przerażającego kresu pewności wiary chrześcijańskiej, ale niezwykła szansa: oto znaleźliśmy się na nowo w sytuacji pierwotnego głoszenia Dobrej Nowiny, którą mogła usłyszeć:

- zarówno Syrofenicjanka, jak i pielgrzym zmierzający do Jerozolimy;

- tak gorliwy faryzeusz, jak i znienawidzony przez wszystkich celnik;

- oficer rzymskiego wojska i izraelski rolnik.

Sytuacja pogłębiającego się pluralizmu, owego „kolegi saracena” i „sąsiada poganina” okazuje się więc paradoksalnie korzystna, jeśli chodzi o nową możliwość naszego zrozumienia czterech Ewangelii.

Stanie się to jeszcze wyraźniejsze, gdy przejdziemy do lektury Dziejów i listów apostolskich. Komu łatwiej je zrozumieć i utożsamić się z ich narracją i argumentacją:

- czy obywatelowi świata religijnie jednorodnego i światopoglądowo stabilnego,

- czy też człowiekowi żyjącemu we współczesnym tyglu wielu religii i światopoglądów?

Kto łatwiej uchwyci istotę dramatu Szawła rozdartego między dwie antagonistyczne wspólnoty wiary; komu bliżej do zrozumienia niezwykłości zstąpienia Ducha Świętego na rzymskiego setnika Korneliusza?

Kościół działający pośród tych, którzy do niego nie należą, wśród pogan, wyznawców ortodoksyjnego judaizmu czy uczniów Jana: oto codzienność bohaterów Dziejów Apostolskich i sceneria życia adresatów listów św. Pawła, św. Piotra czy św. Jana. To świat w pełni pluralistyczny religijnie, który jest z jednej strony przedmiotem ewangelizacji, a z drugiej strony — scenerią codziennego dialogu życia. Przecież o głównie pogańskim środowisku napisał Apostoł:

 

„Starajcie się dobrze czynić wobec wszystkich ludzi! Jeżeli to jest możliwe, o ile to od was zależy, żyjcie w zgodzie ze wszystkimi ludźmi!”(Rz 12).

 3. Czwarta możliwość

Odwołamy się raz jeszcze do artykułu wspomnianego filozofa, gdyż wydaje się wyjątkowo trafnie oddawać dość powszechne nastroje społeczne będące przecież tłem pracy dzisiejszego kapłana: 

 

„Człowiek współczesny może zająć wobec spraw wiary jedną z trzech pozycji: […]

- Pierwsza możliwość to udawać, że wszystko jest po staremu, i bronić wiary przodków, i uświęconych przywilejów Kościoła przeciwko wrogom i ateistom. […]

- Druga możliwość to religijny relatywizm. […] Równie dobrze moglibyśmy zostać buddystami. Liczy się wszak tylko to, że jesteśmy wierzący, miłujemy Boga i ludzi. […]

- Wreszcie możliwość trzecia: […] może lepiej […] po prostu nie zajmować się tym; być, jak to się ostatnio mówi, «indyferentnym». Ci, którzy decydują się na to rozwiązanie, stają się dla pozostałych apostołami złej nowiny: «Gott ist tot»”[3].

 

Jak ocenić tę paletę możliwości w świetle biblijnych realiów społecznych początków chrześcijaństwa?

Wtedy przecież głoszenie Dobrej Nowiny nie polegało na bronieniu wiary przodków, gdyż wiara w Jezusa była zaskakującą nowością, wymagająca często osobistej decyzji i odwagi zerwania z religijną tradycją:

 

„Strażnik rzekł: «Panowie, co mam czynić, aby się zbawić?» «Uwierz w Pana Jezusa — odpowiedzieli mu — a zbawisz siebie i swój dom»” (Dz 16,30-31).

 

W związku z tym muzułmański dziennikarz przyjmujący chrzest z rąk Benedykta XVI — spotykający się z odrzuceniem i groźbami zamachu — staje się ikoną „powrotu do Dziejów Apostolskich”.

W tamtych latach początku nie istniały uświęcone przywileje Kościoła:

 

„Przywoławszy Apostołów kazali ich ubiczować, […] a oni cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla imienia [Jezusa]” (Dz 5,40-41).

 

Tak więc i dziś chrześcijanin odpowiadający na ulicy Londynu na zadane mu pytanie: „praktykowanie homoseksualizmu jest grzechem” —  i trafiający za to do aresztu — staje się żywym apelem: „z powrotem do Dziejów!”

Wspominając, jak to było „na początku” (por. Dz 11,15), nie sposób nie zauważyć, że po odkryciu, że obok żyją poganie, uczniom Jezusa nie przychodził do głowy religijny relatywizm. Wręcz przeciwnie, „Wielbili Boga i mówili: «A więc i poganom udzielił Bóg [łaski] nawrócenia, aby żyli»” (Dz 11,18). Nie poprzestawano bynajmniej na konkluzji: nie ważne w co kto wierzy, liczy się tylko życzliwość serca. Raczej głoszono, że Bóg „usprawiedliwia każdego, który wierzy w Jezusa” (Rz 3,26), zarówno Żydów, jak i pogan: „usprawiedliwia obrzezanego dzięki wierze, a nieobrzezanego —  przez wiarę” (Rz 3,30). A była to nie ogólnikowa i mglista wiara, ale wyznanie: Jezus Chrystus z Nazaretu jest Synem Bożym i Zbawicielem, jest Panem!

Również indyferentyzm nie bywał pokusą pasterzy opisanych w Nowym Testamencie.

- To inni pytali „Cóż to jest prawda?”.

- To inni mówili: „Spór toczy się o słowa i nazwy, i o wasze Prawo, rozpatrzcie to sami! Ja nie chcę być sędzią w tych sprawach” (Dz 18,15)

- lub stwierdzali ironicznie: „Niewiele brakuje, a zrobiłbyś ze mnie chrześcijanina” (Dz 26,28).

Właśnie przy wszechobecnej społecznej opozycji religijnej wobec chrześcijaństwa zabrzmiało zdecydowane pasterskie słowo: „gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego” (1 Kor 1,22-23). Nie płyniemy z prądem!

Wsłuchując się uważnie w ten głos, kapłanowi nie pozostaje nic innego, jak przypomnieć istnienie czwartej możliwości: „nie wstydzę się Ewangelii, jest bowiem ona mocą Bożą ku zbawieniu dla każdego wierzącego, najpierw dla Żyda, potem dla Greka” (Rz 1,16).

Z pewnością, w długiej historii Kościoła prowadziło to niekiedy to przejawów nietolerancji wobec niechrześcijan. Ale tu znowu pomoże nam powrót do realiów Nowego Testamentu. Jeśli chrześcijanin „siałby grozę i dyszał żądzą zabijania” (por. Dz 9,1), miałby najlepszy dowód w sobie samym, że jeszcze nie spotkał Jezusa jako Pana Zbawiciela.

Po spotkaniu z Nim chlubi się nie tym, że zadał cierpienie innym, ale że był gotów wiele znieść  ewangelizując:

- „Pokażę mu, jak wiele będzie musiał wycierpieć dla mego imienia” (Dz 9,16) — miał powtórzyć Ananiasz Szawłowi;

- „I ja będę się chlubił” (2 Kor 11,18) — zapowiada św. Paweł po latach, wyjaśniając powód swojej chluby:

 

„Trzy razy byłem sieczony rózgami, raz kamienowany, trzykrotnie byłem rozbitkiem na morzu […]. Często […] w niebezpieczeństwach na rzekach, w niebezpieczeństwach od zbójców, w niebezpieczeństwach od własnego narodu, w niebezpieczeństwach od pogan, w niebezpieczeństwach w mieście, w niebezpieczeństwach na pustkowiu, w niebezpieczeństwach na morzu, w niebezpieczeństwach od fałszywych braci; w pracy i umęczeniu, […] w głodzie i pragnieniu, […] nie mówiąc już o mojej codziennej udręce płynącej z troski o wszystkie Kościoły” (2 Kor 11,25-28).

 

Ale zawsze świadomy, chciałoby się dodać: relatywizm moralny cesarstwa rzymskiego pierwszego wieku; sankcjonowany prawem pluralizm religijny ówczesnego społeczeństwa; globalizacja kultury w państwie cezarów — wszystko to stawało się tym mocniejszym impulsem do głoszenia, że jest jeden Pan i Zbawiciel, narodzony z niewiasty Syn Boży.

Podsumowanie

Sytuacja, w której światopoglądowe przyzwyczajenia dziedziczone wraz z całym środowiskiem jako coś naturalnego i oczywistego zostają zakwestionowane — to jest właśnie sytuacja naturalna i oczywista dla Kościoła Nowego Testamentu!

Ta sytuacja charakteryzuje też społeczność chrześcijańską następnych pokoleń pierwszych chrześcijańskich wieków.

Najbardziej popularna literatura Kościoła II wieku to apologie, a więc świadectwo życia w świecie pluralistycznym. Chrześcijanie śmiało zabierali głos, dając świadectwo swojej świadomości religijnej, swojej wyjątkowości i odrębności chrześcijańskiej wiary. Do pewności wiary i ewangelizacyjnej śmiałości nie była im potrzebna wyznaniowa jednolitość społeczeństwa.

Wobec światopoglądowego pluralizmu chrześcijanie sięgali po czwartą opcję: ewangelizację.

Dlatego poza kolejnymi pokusami trwania przy uświęconych przywilejach, sięgania po religijny relatywizm lub indyferentyzm istnieje jeszcze czwarta możliwość:

 

- Pozostaje wybór dokonany przez Maryję w chwili, kiedy tylko jedna osoba —  właśnie Ona, wierzyła, że Ten, który się narodzi, będzie nazwany Synem Najwyższego: „Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa” (Łk 1,38);

 

- Jest to wybór dokonany przez Piotra, nie w komforcie społecznego poparcia przez przytłaczającą większość, ale właśnie wtedy, gdy „wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło”. Właśnie wtedy Piotr sięgnął po czwartą opcję: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6,66.68);

 

- Dokonanie tego samego wyboru odczytujemy też w scenie nawrócenia św. Pawła. Kaznodzieja papieski, franciszkanin Raniero Cantalamessa, podkreślał z naciskiem, że w tej scenie znajdujemy paradygmat każdego chrześcijańskiego nawrócenia:

 

„Nawrócić się nie oznacza już powrócenia do tego, co było, do starego przymierza i do zachowywania Prawa. Oznacza skok do przodu, wejście w nowe przymierze, wejście do Królestwa i pochwycenie go przez wiarę. «Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię» nie oznacza dwóch odrębnych rzeczy, ale jedną: nawracajcie się, a więc wierzcie; nawracajcie się wierząc! Prima conversio fit per fidem[4].

 

4. Dyktatura relatywizmu i nawrócenie ku przyszłości

 

„Polacy znaleźli się na progu narodowej tragedii bezpowrotnej utraty wiary. To ostatnia chwila, by się cofnąć, bo potem przestanie już boleć. Ale czy krok w tył jest możliwy? Ja w to nie wierzę. I to czyni mnie właśnie człowiekiem niewierzącym”[5].

 

Tak nazwał sytuację wiary znany nam już autor artykułu, w którego słowach odczytujemy stan świadomości tak wielu dzisiejszych Europejczyków. Paradoksalnie: musimy się zgodzić z częścią tej diagnozy. Dzisiejszy duszpasterz też winien sobie powiedzieć: „Czy krok w tył jest możliwy? Ja w to nie wierzę”.

Tyle, że nasz wniosek jest radykalnie odmienny: „I to czyni mnie właśnie człowiekiem wierzącym”; wierzącym wiarą biblijną, wiarą Maryi, Piotra i Pawła, czterech Ewangelii, Dziejów i listów Apostolskich.

Biblijni chrześcijanie są przecież świadomi swojego powołania do odrębności, a nie ciągłości wobec tego świata:

 

„Jawicie się jako źródła światła w świecie”! (Flp 2,15).

 

Są świadomi, że wezwano ich do odmiennego widzenia spraw moralnych:

 

„Temu też się dziwią, że wy nie płyniecie razem z nimi w tym samym prądzie rozpusty, i źle o was mówią” (1 P 4,3-4).

 

Postrzegają samych siebie wprawdzie jako grzeszników, ale powołanych do szukania wzorców poza powszechną moda kulturową:

 

„Nie bierzcie wzoru z tego świata, lecz przemieniajcie się przez odnawianie umysłu” (Rz 12,1).

 

Pierwsze pokolenie uczniów osiągało taką postawę nie wskutek nostalgicznego wpatrywania się w przeszłość, ale przez nawrócenie ku przyszłości:

 

„zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną” (Flp 3,13).

 

Nie oznacza to bynajmniej umysłowej ciasnoty:

 

- Św. Paweł dla zilustrowania swoich argumentacji cytował pogańskich poetów (Dz 17,28; Tt 1,12);

- Św. Tomasz czerpał argumenty z myśli pogańskiej (Arystoteles) i muzułmańskiej (Awicenna).

 

 

* * * * * * 

 

Wobec powyższego trzeba stwierdzić jasno: dzisiejszy kapłan nie ma powodu, by czuć się zagubionym w świecie naznaczonym przez współczesne znaki czasu —  pluralizm religijny, relatywizm moralny i globalizację. Wręcz przeciwnie, w takich warunkach duszpasterz ma wiele powodów, by czuć się jak ryba w wodzie: tyle szczegółów z narracji Ewangelii i Dziejów, tyle argumentów z listów Apostolskich stało się dzięki temu jaśniejsze! 

Priorytetem współczesnego kapłana jest powrót do biblijnego paradygmatu służby w społeczeństwie coraz bardziej zróżnicowanym. Wobec takich znaków czasu kapłan ma coraz bardziej stawać się znakiem ewangelicznego sprzeciwu.



[1] J. Hartman, Zła nowina, „Tygodnik Powszechny”, nr 5(3160), 31 stycznia 2010, http://tygodnik.onet.pl/32,0,40400,zla_nowina,artykul.html (2010).

[2] J. Hartman, Zła nowina, dz. cyt.

[3] J. Hartman, Zła nowina, dz. cyt.

[4] R. Cantalamessa, La conversione di Paolo, modello di vera conversione evangelica, Pierwsze kazanie adwentowe dla domu papieskiego, 5 grudnia 2008, http://www.cantalamessa.org/it/predicheView.php?id=260 (2010).

[5] J. Hartman, Zła nowina, dz. cyt.


[2010]